Historia · kryminał · lit. polska · lit. rosyjska · okres międzywojenny · społeczeństwo · szpital · wojna

Powroty

Myślałam, że przepadnę na dłużej ale przerwy postojowe nigdy nie są planowane. Do książek podchodzę spontanicznie i hobbystycznie. Nie mierzę zasięgów (lepiej się nie załamywać:-)) nie rozpisuję strategii.
Strasznie męczyło mnie to, co się w sieci dzieje wokół książek, od dawna właściwie a wiem, że to raczej się nie zmieni tylko będzie nasilać. Denerwuje mnie to, że jak coś się wyda to instagram zalewa fota tej samej okładki i wszyscy jak jeden mąż wzdychają. No wiec postanowiłam, że nie będę się sugerować tym, co inni czytają. Nigdy nie płynęłam jakoś specjalnie z nurtem ale zauważyłam też, że po zbyt nachalnej promocji jakiegoś tytułu mam wyrzyg i uparcie go nie czytam (czasem niesłusznie). To też jest siła tłumu. A ja chcę po swojemu.

No to sobie zrobiłam detox i nabyłam „Stramera” Łozińskiego. (Bardzo zabawne!) Wieki temu czytałam „Reisefieber” – jego debiut. Z tej niepozornej książeczki pamiętam nerwowy i niepokojący klimat no i jakoś nie wiem dlaczego tego „Stramera” sobie kliknęłam. Bo zobaczę, co z niego urosło, bo był w promo choć potem okazało się, że kliknęłam nie książkę a audiobboka … no cóż cała ja. Zabrałam się do czytania bez oczekiwań, no dobra spodziewałam się czegoś po nazwisku ale nie sprawdzałam, co internety o tym myślą, żeby się ustawić z nimi albo przeciwko nim, no żeby nie być w jakimś stosunku. Słuchałam na spacerach z psem. Trochę się to ciągnęło, bo jakoś często zapominałam włączyć na spacerze, co było już pewnym sygnałem. No bo co to za książka, o której zapominasz już na drugi dzień? No ale ja roztrzepana jestem więc zignorowałam. A potem miałam dwa dni ciężkich prac fizycznych i dałam czadu. Do końca. Nie porzygałam się ale wynudziłam okrutnie. Książka jest absolutnie nijaka, bezpłciowa i płaska. Jest jak wypracowanie napisane przez licealistę jeszcze przed maturą. Dodam, przez kujona. Nic w niej nie drapie i nie swędzi, wszystko jest takie gładziutkie, oszlifowane, żeby się pani nauczycielce spodobało i żeby można było odczytać na głos przed klasą. Ble.

Żeby było ciekawie dodam, że internety absolutnie oszalały na punkcie tej powieści i mija już drugi tydzień, jak to odkryłam a nadal nie rozumiem. Co interesującego może być w książce, która po raz n-ty porusza ten sam temat, nic nie dodając, nic nie odkrywając, serwując clichés, stereotypy i drętwy humor? Nie pierwszy to raz dochodzę do wniosku, że widocznie ze mną jest coś nie tak. Za to mnie ze sobą jest coraz lepiej:-)

Tyle o „Stramerze”.

Z kolejnych kontrowersyjnych tytułów, które powinny się podobać a niestety coś nie pykło jest „Głęboka rzeka” Endo. I już nie chodzi mi o to, że ja jestem niewierząca, bo to nie znaczy, że nie jestem ciekawa i że nie szanuje ale to była kolejna szkolna rozprawka. Aczkolwiek przyznam, dobrze się czytało! Na poziomie jednak dylematów zero emocji a spodziewałam się, że przynajmniej zacznę patrzeć na kwestie wiary z innej perspektywy, że coś zrozumiem albo poczuję. Ale tu najwyraźniej nie chodziło o to, by poczuć czy zrozumieć, bo autor zrobił to za nas. Rozwiązał równanie i podał rozwiązanie. Napisał je kredą na tablicy, stojąc tyłem do klasy, bez kontaktu z odbiorcą. Bo może jakby spojrzał na miny tych, dla których rozwiązuje rebus, to by się zorientował, że to tak nie działa i że nauki z tej lekcji nie wyciągniemy. „Milczenie” tez było w ten deseń jak dobrze pamiętam…

Jedną z ciekawszych książek ostatnio były za to „Zapiski szpitalnego ochroniarza” No tak już mam, że szpital zawsze mi się będzie kojarzyć z jakimś odpałem, odchyłka od normy, takie zerkanie do innej cywilizacji. Nic a nic się nie pomyliłam choć te zapiski nie były z psychiatryka (te na ogół (współczesne) też pozostawiają wiele do życzenia). Dodam tylko, że autorem jest Oleg Pawłow a szpital jest w Rosji, w Moskwie. To dużo wyjaśnia. Zapiski pochodzą z lat dziewięćdziesiątych – to dodaje smaczku. A czytając, człowiek ma wrażenie, że to się działo na innej planecie i na dodatek w czyjejś głowie tylko. No niestety nie. Trochę włos się, jeży, można zgubić buty ale z drugiej strony odrealnienie tego, co tam się dzieje, pozwala przetrwać do końca. Nie chodzi o to, że nie wierzymy. Chodzi o to, że to jest tak dalekie od naszych wyobrażeń, że traktujemy to jak wymysł majaczącego umysłu.

Poza tym były kryminałki. Pasierski w formie. Jak zwykle jest do czego się przyczepić ale seria o Ninie potrafi wciągnąć i sprawić, że niedociągnięcia gdzieś umykają w akcji. Tego właśnie oczekuję od kryminału. Nie jakiejś wyrafinowanej ekwilibrystyki literackiej, udawania erudyty (szczególnie, gdy nim się nie jest) pseudopsychologicznych teorii o mrokach duszy, tylko klasycznej, wartkiej i nie przekombinowanej akcji. Logiki i konsekwencji. Tak, żebym na 3 -4 godziny zniknęła i zapomniała, że żyje. To ma być rozrywka w końcu nie?
Coś tam jeszcze czytałam po drodze ale już nie pamiętam więc chyba nic wielkiego. Ach nie! Była Toni Morrison, jak mogłam pominąć! Ale to chyba dlatego, że ona zasługuje na osobny wpis. „Umiłowana” to nie była historia tylko przeżycie i podróż. Ale o tym następnym razem, gdy mnie najdzie.

Nie mam zdjęć tym razem, trudno.

 

 

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s