lit. austriacka · lit. francuska · magdalenka · o ksiązkach · społeczeństwo

Ach te magdalenki …

Ta mnogość SM mnie czasem rozwala. Nigdy nie wiem, na co się zdecydować i albo jestem wszędzie albo nie ma mnie nigdzie. Teraz jestem wszędzie … ale myślę, żeby to jakoś ogarnąć, skądś uciec, sama nie wiem …

cofLipiec to był miesiąc Prousta. Tego nowego. Przeplatałam go innymi książkami, bo W poszukiwaniu jest dla mnie jest lekturą kapryśną. Chyba nigdy nie zdarzyło mi się tak  usiąść i przeczytać. No dobra raz i tylko w przypadku Combray ale wtedy i tak już przepadłam … za dużo wrażeń, wspomnień, piękna …

No więc sączyłam go sobie w zależności od nastroju, czasem 10 stron a czasem 80 (miłość Swanna najchętniej połknęłabym na raz choć rytuał zasypania – w Combray – był mi tak bliski, tak namacalny, taki … jakby mi ktoś w głowie grzebał i w pamięci.) i popadałam w melancholię ale bez egzaltacji i globusa. W ogóle z Proustem było tak jakoś bardzo intymnie, tyle tam było mojego. To było tak jakbym rozmawiała ze sobą tylko w jakimś wydaniu exclusive premium turbo. Z taka idealną wersją mnie, o której nawet nie śmiem marzyć. Natomiast rozumiem, że gdy ktoś nie odnajdzie tej nici porozumienia może umrzeć podczas lektury. Ja byłam wniebowzięta. Zrozumiana, rozgrzeszona. Szczęśliwa

cofPoza Proustem zdarzyły mi się jeszcze chyba dwie dobre rzeczy, jedna też do zbierania szczęki z podłogi – Carpentier, Podróż do źródeł czasu a druga to Kai czyli miłość do ideałów. (O obu pisałam na fb i IG) I pamiętam, że kiedy jechałam WKDką z tą drugą lekturą, naszła mnie myśl, że literatura współczesna jest przekombinowana i przeładowana. (Nie, że wszystko ale znaczna większość.) Że na naszych oczach odbywa się, nie wiem, pokaz cyrkowców, festiwal sztucznych ogni (z naciskiem na sztuczne) i że wystarczy zamknąć na chwilę oczy, żeby zasnąć i zapomnieć. Nic nie zostaje. Nawet siwy dym. Wszystko tam jest takie … upchane. Nieprawdziwe, taki stół na imieninach u przysłowiowej ciotki z wszystkimi popisowymi daniami kuchni (wątpliwej dodam). Normalnie patrzę i sięgam po listek sałaty, bo dostaję wzdęcia od samej myśli, że mogłabym to zjeść. Wszyscy chcą czarować i robić szpagaty ale nie są ani czarodziejami ani sportowcami tylko cyrkowcami. I to jest smutne strasznie. Ta błazenada. To UDAWANIE. Bo kiedy się sięga po takiego Kaia właśnie, który nie jest niczym wybitnym, nie drży mi serce i nie umieram z zachwytu to jednak odnajduje w nim prawdę. Życie normalnie. Pejzaż z tłem, z głębią. Nie występy, nie popisy ale człowieka. I jego cień, który nie koniecznie jest namalowany ale ten człowiek jest tak bardzo prawdziwy, że ja go normalnie widzę. I to jest kurde fajne. Bycie sobą. Szczerość. Pełnokrwistość. Bo wiecie, stek najlepszy jest bez dodatków i bez wielkich obróbek. Ja to jeszcze uwielbiam taki niewysmażony:-)

Tak więc nadal będę dryfować w okolice tego, co było już dawno (z małymi wyjątkami bo np Wojciech Nowicki wychodzi na jesień), na zmianę z jakąś obyczajówką, która nie będzie próbowała być wielką literaturą tylko dobrą rozrywką. A i Wam życzę przyjemności z kontemplowanych lektur, w końcu po to się czyta, nie?

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s