magdalenka · o czasie · o ksiązkach · wspomnienia

Naprawdę wszystko może być Proustowską magdalenką, nawet sam Proust

Ten deszcz bardzo dobrze mnie nastraja. Aż mi się gęba uśmiecha, gdy patrzę na zachmurzone niebo, które po tygodniach focha lub jakiegoś smętnego obsikiwania krzaczków w końcu rozdarło się na ca66721200_2483355405018529_8627086613161181184_nłego a teraz zastanawia się jeszcze, czy postawić kropkę nad i czy splunąć i pójść.

Zapewne powinnam napisać natychmiast, że wczoraj zapakowałam nogi pod koc i z aromatyczną herbatą siedziałam w Combray i czekałam na Swanna. No nie bardzo choć w Combray bywam, bo cały Proust został taką magdalenką, która mnie przenosi do różnych momentów i różnych miejsc, ponieważ książkę czytałam za każdym razem w diametralnie innych okolicznościach. I jak nigdy nie lubiłam powrotów do przeczytanych lektur, bo uważałam trochę, że to strata czasu, szczególnie, że przede mną tyle nieznanych stron a dni nie wiadomo ile, tak okazało się, że ta sama książka, jeśli jest dobra, z kolejnym czytaniem bywa inną, nie mniej dobrą. Nawet kiedy za pierwszym razem przyniosła jakieś ukojenie czy olśnienie i zachwyt za drugim razem może przynieść to samo ale w innym odzieniu. Bo z innej materii to „ach” będzie, z innego alfabetu, na innym tonie, na innym piętrze pięciolinii. I to zaczyna być fascynujące, bo książki stają się miastami, których zwiedzenie jeden raz nie nasyca a raczej pozostawia niedosyt. Bo powiedzieć byłem-czytałem w niektórych przypadkach jest równoznaczne z „zaliczyłem” a nie z „poznałem”. Nie jest to oczywiście obligacja czy jakiś wyznacznik poziomu zaangażowania w literaturę, absolutnie. Jest to zwyczajnie rodzaj podróżowania. Jedni lubią wracać w te same miejsca, penetrować nowe uliczki, nawiązywać znajomości, wracać do ludzi, inni gnani ciekawością świata nie lubią powtórzeń.

A między nimi jest tysiąc innych dróg, bo przecież każdy ma swoją. I póki jest nasza, jest dobra…

Przyznam, że zdarzały mi się książki, z których nie chciałam wracać. Z jednej strony gnało mnie do przodu, żeby nałapać w kieszenie jak najwięcej wrażeń, z drugiej chciałam zatrzymać czas i zostać jak długo się da. Nie brałam pod uwagę opcji powrotu, zupełnie niesłusznie. A przecież nie muszę mieć stosów na liczniku i wciąż nowych uniesień (jak butów:-P) kiedy nie zdążyłam się nacieszyć tym co właśnie było, co jest. Kiedy smak cukierka jeszcze wyraźnie czuć na podniebieniu, po co zabijać go następnym? Nic nie muszę, mogę wszystko.

Czytanie to nie wykresy, tabele i wyścigi, by nie stracić krzesełka przy stole podczas dyskusji. Czytanie może być ucztą samotności, spotkaniem z kimś najważniejszym w naszym życiu, sobą …

Do „Madame Bovary” wracałam ze 3 razy i myślę, że to nie jest koniec, Carpentier za każdym czytaniem okazywał się czarodziejem, Proust zawsze zapiera dech (i w wykonaniu Boya, które jednak chyba preferuję ale i w wykonaniu Rodowskiej, serio). Myślę że wrócę do „Dziewczyny z poczty”, od kilku lat nieustannie o niej myślę, w najbliższym czasie chcę ponownie zgłębić „42 równoleżnik”, bo mam wrażenie, że czytałam go w innym życiu, przed narodzeniem jakby. Wiem, że to są „grube tytuły” ale nie zamierzam się z niczego tłumaczyć. Za dużo mam lat, żeby czytać po coś, czytam dla siebie i Wam też to polecam.

A wracając do pogody, która mnie tak dobrze nastraja to powiem Wam, że w dzień taki jak ten planuję kontemplować niebo. Po robocie, oczywiście!

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s