biografie · lit. francuska · lit. rumuńska · o miłości · społeczeństwo · trudne dzieciństwo

O baletnicy z Rumunii i o niani z Francji

indeksPisałam ostatnio na fb, że podczas szperania w Matrasie natknęłam się na książkę, którą zapragnęłam mieć – „Nie szkodzi, kiedyś zrozumiem Johanny Bodor. Na szczęście przed zakupem sprawdziłam swoją biblioteczkę na LC i okazało się, że ją mam. Zdziwiłam się bardzo, szczególne, że jeszcze tego samego wieczoru faktycznie ją znalazłam. Z jednej strony się ucieszyłam z drugiej, pomyślałam, że coś już ze mną nie halo, skoro nie ogarniam swojego zbioru aż tak bardzo. No ale wszystko się wyjaśniło, kiedy ostatnio zostałam sprowokowana do przejrzenia swojego Instagrama. Znalazłam tam bowiem zdjęcie 3 ksiażek, z czego jedna była zamówiona do recenzji a dwie pozostałe były miłym prezentem od wydawnictwa Świat Książki. I wszystko jasne! Odetchnęłam, mogę kupować dalej:-)

„Nie szkodzi, kiedyś zrozumiem” czyta się dość szybko. Język jest taki szkolny, poprawny ale lepiej nie zwracać na niego uwagi. Nie czaruje. Tłem dla książki jest Rumunia za czasów Ceauşescu z wszystkimi „urokami” a treścią w zasadzie rezygnacja z pragnień marzeń i miłości. Lektura nie okazała się jakimś wielkim skarbem ale fajnie, że ją przeczytałam, bo to było czyjeś zwyczajne/niezwyczajne życie, które tak naprawdę trzeba było złożyć w ofierze. I refleksje mam dwie: po pierwsze w PL to była popierdułka nie komunizm po drugie szczerość zawsze wygra nawet kiedy talentu nie staje ;wchodząc w skórę Johanny, miałam ochotę krzyczeć, tupać nogami i rwać włosy z głowy. Uwierzyłam i wczułam się. Nie wiem, czy umiałabym postąpić tak, jak ona … „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – wiadomo czyje to.
slimanidouceA teraz gwóźdź programu i obym się nie zapędziła i nie zaserwowała sobie gwoździa do trumny. Przeczytałam „Kołysankę” Slimani. W oryginale! (:-P)
Ponieważ tekst jest bardzo oszczędny w emocjach, (żeby nie powiedzieć zimny) bo nie obserwujemy ich, my się ich domyślamy, dedukujemy, wyobrażamy (co ja lubię), to i ja się postaram nie wylać tu teraz tego wszystkiego, co mi się ugotowało.
Moim zdaniem ta historia to coś więcej niż portret znieczulicy społecznej i w zasadzie nie upatrywałabym ofiary w opiekunce, bo w moim przekonaniu, ofiarami w tej książce byli wszyscy. (oesu chyba spoiluje!) Przede wszystkim, w moim odczuciu to rzecz o relacjach. (Nadmienię, że mnie poniosło i tu miałam długą przemowę ale ostatecznie postanowiłam ją skasować.)
Wydaje mi się, że autorka wsadziła kij w mrowisko, bo tu nie chodzi tylko o to, że niania to taki nie pracownik ale i nie członek rodziny i ustanowienie relacji w takim trójkącie 2b2dcc724498a4145112d29899f8przebiega różnie i nie jest proste. Nie chodzi o to też, że Louise miała w głowie zafiksowany obraz, do którego dążyła no i że była jaka była. Nie skupiałabym się też zbytnio na tych odrzuceniach, barku akceptacji i samotności, bo to też wszystkiego nie tłumaczy. Ani na ambicjach zawodowych, na gonitwie i braku czasu… bo Myriam i Paul nie kolekcjonowali butów od Loubutina czy jachtów, ich zwyczajnie kręciła praca, która wykonywali. Tak w zasadzie tu chodzi o to wszystko zebrane do kupy. O ten cały mechanizm, w który dajemy się wkręcić po części (podkreślam, po części) dlatego, że nie ma innego wyjścia. O wybory, o świadomość i samoświadomość, o sztukę kompromisu ale nie rezygnacji i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy. Myślę, że tę sprawę można by przemaglować z różnych stron i pod różnym kątem i na tyle, na ile ja to zrobiłam, nie znalazłam jednoznacznego jednego winnego, tak jak nie widzę tylko jednej ofiary tej tak szumnie nazwanej znieczulicy społecznej.
Nie chciałabym się nakręcać, bo zaraz znów będę kasować, ale dodam tylko, że podczas lektury zastanawiałam się za co Slimani dostała nagrodę? (może moje powątpiewanie wynikało z tego, że te mechanizmy i pracę opiekunki we Francji znam naprawdę dobrze i jak widzę w ciągu ostatnich 20 lat nic się nie zmieniło więc Ameryki nie odkryłam a lubię). Uznałam, że książka, owszem, ciekawa ale no bez przesady. A jednak! Uważam że ta krótka powieść porusza tak wiele aspektów, poddaje tak wiele w wątpliwość, nie osądza, nie gardzi, nie tłumaczy i nie usprawiedliwia(!) ale zdaje relację, zadaje pytania ale nie odpowiada, że to naprawdę jest przyczynek do większej dyskusji. I nie ma chyba jednej odpowiedzi, jednej racji. Tak czy siak, jeśli nie czytaliście to ja polecam!

A teraz czytam „Świat w płomieniach” i jakoś nie mogę się wkręcić:-( jeszcze jutro popróbuję ale jak dalej będzie opór to odłożę. To nie jest zła książka mam wrażenie ale mnie jakoś męczy …

6 myśli na temat “O baletnicy z Rumunii i o niani z Francji

  1. Ja pochłonęłam „Nieodnalezioną” Remigiusz Mroza. I nawet jeśli ktoś go nie lubi, czy nie lubi kryminałów, książek sensacyjnych, czy wszystkiego razem, to jednak problematyka zawarta w tej właśnie książce wpisuje się w smutną teraźniejszość dzisiejszych czasów. I moje poczucie kobiecej solidarności. Książki o rumuńskim komunizmie nie przeczytam, ale tą o niani we Francji bardzo możliwe, że tak:-) Pozdrawiam.

    1. Uważam, że w czytaniu książek, które ma być przyjemnością przecież, należy się kierować własnym gustem, dlatego tez, mimo, że jakoś od Mroza trzymam się raczej z daleka, ważne jest że Ty po przeczytaniu tej książki znalazłaś coś ważnego dla siebie. „Kołysankę” szczerze polecam ale „Nie szkodzi, kiedyś zrozumiem” też:-)

      1. Ja lubię wiedzieć o co ten szum medialny w związku z tym często sięgam do bestsellerów. Ale nie katuję się nimi. Jeśli coś mi się nie podoba, odkładam książkę. Po 5 lata obowiązkowego czytania na polonistyki, teraz wyznaje zasadę, że nic nie muszę czytać, a tylko chcę:-)

        1. I słusznie:-) ja po siedmiu latach filologii romańskiej też odetchnęłam i rzuciłam się na to, co lubię aczkolwiek klasyki nigdy dość:-)). Ale że to było tak bardzo dawno temu, to tak naprawdę już nie pamiętam jak to jest być zmuszonym do przeczytania czegoś:-). Cenię sobie też zdolność do odłożenia ksiąski, która mi się nie podoba, wiem, że nie każdy potrafi:-)))

        2. Zwłaszcza filolodzy nie potrafią:-) właśnie z powodu tego dawnego zmuszania nas do czytania od deski do deski. A nuż tam na końcu jest coś bardzo ważnego co zaważy w trakcie egzaminu:-)

  2. byc może:-) lektury zawsze czytałam pilnie, nie koniecznie, że tam na końcu będzie objawienie ale ze na egzamin się przyda:-))) poza tym, w swojej bibliotece mam mnóstwo niedokończonych książek. Zawsze odkładałam bez żalu.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s