lit. polska · miasto · reportaż · tożsamość

Miasteczkomania

davPrzerzuciłam w końcu ostatnią kartkę Archipelagów i oglądnęłam okładkę ze spodniej strony książki. Właściwie nie licząc słonecznika :-P, pomógł mi w tym dopiero co zakupiony Tony Halik, który aż mnie świerzbi. Wiedziałam, że jak zacznę Halika to Archipelagów nigdy nie skończę. Poza tym zamówiłam sobie Emmę (Pani Bovary) en français (a co!), bo się okazało, że mimo wszelkich przypuszczeń nie mam jej w swoim księgozbiorze (też się zdziwiłam, myślałam, że mam prawie wszystko:-))) Emma ma przyjść za kilka dni akurat tyle ile wymaga skończenie Springera i przeczytanie Halika. A ja mam ochotę poświęcić jej całą moją uwagę i co z tego, że po raz trzeci.

(tu jest akcja związana z Panią Bovary, można się przyłączyć)

No i ja jak zwykle zupełnie o czym innym niż chciałam.

Nie napiszę Wam czym Archipelagi są albo czym nie są. Czy to dobra książka, czy nie i czy Springer to fenomen. Nic z tych rzeczy, ale postaram się jakoś ubrać w słowa te wszystkie wrażenia,  które mam po lekturze. Bo wrażenia mam mieszane, od bardzo dobrych do tych niekoniecznie. W każdym razie mam ich dużo… i rozmaite.

Może nie będę się rozdrabniać na poszczególne fragmenty, bo przyznam, nie zaznaczałam ich sobie a i lektura rozciągnęła się w czasie ale główny zarzut jaki mam do autora to stronniczość i pisanie pod założoną tezę. Nie twierdzę, że tak jest, twierdzę, że ja tak to widzę. Czytając Archipelagi, nie raz zaczynałam się wkręcać w opowieść o jakimś mieszkańcu i już mi było fajnie, pomyślałam sobie od szczegółu do ogółu, na bazie jednostki dostanę społeczeństwo, historię i wniosek mi się pięknie wysnuje sam a tu zonk, koniec rozdziału. Trochę mnie to ogłuszało, na początku szczególnie, bo nie za bardzo mogłam się tak odnaleźć w swetrze z plecami do połowy i bez jednego rękawa ale ok, pomyślałam taki widać zamysł miał projektant. Ten zamysł jednak z czasem wcale nie zaczął mi się bardziej podobać, szczególnie, że miałam jeszcze pretensję o co najmniej jedną rzecz; że ta jednostka, którą obserwuje Springer (czasem tylko obserwuje i domniemuje), którą czasem pyta i której nadaje miano przedstawiciela jakiejś grupy społecznej (albo ja to tak postrzegam) tak naprawdę wcale nie musi nią być. Mamy czyjąś historię, którą w domyśle czytamy (ja czytam) jak historię mieszkańców (a przynajmniej jakiejś części) czy wręcz miasta a ona jest po prostu ciągiem zinterpretowanych zdarzeń, które przydarzyły się jednej osobie. Brak mi tła, kontrapunktów, namiastki obiektywizmu, braki mi przestrzeni na moje oceny, wnioski, jakiegoś odniesienia.  To wszystko dla mnie trochę wisi  w powietrzu, jest jak babie lato, piękne, przyjemne ale bałwana z tego nie ulepisz ani bukietu nie uzbierasz. Springer bywa w mojej ocenie wygodny i stronniczy, kiedy przepytawszy ludzi, podaje nam to, co w jego oczach ładniej wygląda, lepiej pasuje do zamysłu. Takie wrażenie miałam przede wszystkim po historii Teatru Realistycznego w Skierniewicach, gdzie ewidentnie stanął po stronie teatru. Nie twierdzę, że nie miał racji (ja też miałam ochotę stanąć po ich stronie) ale nie wiem czy ją miał, tam było słowo przeciwko słowu i na tej podstawie autor zdecydował komu wierzy. Nie podobała mi się też historia człowieka z Białej Podlaskiej, którego śledził, gdy ten z jakiegoś powodu, oglądał skrupulatnie wszystkie witryny w mieście. Wydźwięk historii jest jasny, w małych miasteczkach ludzie nie wiedzą, co ze sobą zrobić i trwonią czas jak potrafią. Ciekawy obrazek, można się zamyślić, współczuć i pokiwać głową z lekkim niedowierzaniem i domieszką niesmaku. Tylko czy ten obrazek był prawdziwy? Nie wiadomo, bo ja sobie pomyślałam, wbrew sugestiom, że ten człowiek może kogoś/coś stracił i nie umie się odnaleźć? Może w jego życiu coś się wydarzyło? Mój dziadek po śmierci swojej żony też miał problem, żeby się odnaleźć, więc wychodził na spacery i włóczył się po okolicy, bo nie mógł w domu usiedzieć. Może wyglądał jak tamten gość?

Takich zastrzeżeń mam mnóstwo. Jednakże historie, które Springer opowiada są ciekawe, urocze nawet, dobrze się je czyta, wciągają, choć wkurzają, gdy kończą się ledwie co napoczęte, jakby ktoś ze stroju galowego zdecydował się wyczyścić i pokazać tylko jeden bucik. Nie czytam ich jednak jako historii miast ani historii mieszkańców tylko pojedynczych ludzi. I nie rozciągam ich jak dywan od jednej granicy miasta do drugiej, żeby zobaczyć jak się prezentuje, bo to tylko cześć jego wzoru. Szkoda, że nie wiem jak duża.

Mam jeszcze Księgę zachwytów i nie ukrywam, że zdążyłam poczytać tu i ówdzie, szczególnie o moim rodzinnym Wrocławiu i tam też niestety opowieści kończą się w połowie, jakby nie były więcej warte, jakby były średnio ciekawym zabytkiem na trasie wycieczki Azjatów w Europie (przepraszam za stereotyp); obfocić w pospiechu i polecieć dalej.  A szkoda…

P.S. Obiecuje już nie truć o Springerze:-)

Reklamy