LC · lit. węgierska · recenzje · społeczeństwo · tożsamość · trudne dzieciństwo

Wykorzenieni – Szilard Borbely

2822Idziemy i milczymy. Między nami jest różnica dwudziestu trzech lat. Dwadzieścia trzy to liczba niepodzielna. Dzieli się tylko przez siebie. I przez jeden. Taka jest nasza samotność. Nie da się jej rozbić na części. Trzeba ją dźwigać w całości.**

Jak rzadko kiedy, ten pierwszy akapit książki idealnie zapowiada dalszą część. „Wykorzenieni” to książka o inności, odmienności, o samotności i o cierpieniu. I o wsi. I o świadomości. Niezrozumieniu. Okrucieństwie. O równaniu wszystkiego do ziemi. O bólu. I o samotności. I o samotności raz jeszcze.

Zdradziłam Wam treść tak, jak zdradzają ją pierwsze zdania. Nie jestem w stanie zdradzić Wam, co odczujecie podczas lektury, czy już po odłożeniu książki. To zależy od Was, aczkolwiek dla mnie to nie była łatwa rzecz. Nie umiałam przeczytać więcej niż kilkanaście stron na raz. A tekst nie epatował okrucieństwem, choć trudnych scen nie brakowało. I to ich ciężar nosiłam na plecach godzinami.

Historia opowiedziana z perspektywy dziecka składa się z krótkich, suchych zdań, jakby narrator nie umiał się jeszcze względem nich określić i wyciągnąć wniosków. Przedstawia sprawy tak, jak je widzi, nie odnosząc się do żadnej perspektywy, bo jej nie ma, ani do doświadczenia, bo to, które ma jest jego życiem (krótkim). Fakt oczywisty, to przecież dziecko mówi. We wsi zrodzone, we wsi chowane, gdzie głód, brud, smród, bicie i chlanie są powszechne, żeby nie powiedzieć normalne. Gdzie wszystko jest surowe. I namacalne.

Tak naprawdę to pozorna naiwność oczywiście. Nietrudno wyczytać tło między zdaniami. Ale nie dlatego, że autor przemycił w małym bohaterze mądrość doświadczonego starca. Ale dlatego, że dzieci są szczere, naiwne i nie wiedzą, co powiedzieć i jak, aby wywołać zamierzony efekt. Nie oczekują z resztą żadnego efektu. Po prostu mówią jak jest. I to właśnie boli najbardziej. To, co zawieszone w powietrzu, odarte z komentarza jak z emocji. To, co dorosły sam interpretuje, a czego dziecko nie jest świadome, że zdradza.

Zdania są często pojedyncze. Zakończone. Jakby nie wymagały dalszego ciągu, jakby to, co czytamy mogło się skończyć w każdej chwili. Bo choć oczekujemy jakiegoś spektakularnego powieściowego końca, odnosiłam wrażenie, że jako czytelnik muszę być czujna, bo historia może się skończyć w połowie czytania albo nie o zakończenie może tu chodzić ( to ten przypadek raczej). Te zdania, szorstkie i zimne, również budują perspektywę. Pochodzą od dziecka mieszkającego we wsi ale są jakby spoza niej, wymówione z pewnego dystansu, z oddali. Jest w nich nieprzynależność. I strach. I inność: Wszędzie leżą bryły błota. My mówimy: bryle**. My mówimy. Bo są i oni …

Jeśli przychodzi Wam na myśl ostatnio tak głośny pan Małecki z „Dygotem”, to zapomnijcie o nim. Jeśli czytaliście Paolo Giordano i jego „Samotność liczb pierwszych” to też o tym zapomnijcie. (Owszem, mogę być stronnicza, gdyż ani „Dygot” ani „Samotność liczb pierwszych” nie są moim zdaniem pozycjami dobrymi.) Śmiem twierdzić i będę się o to kłócić zawzięcie, że jeśli chcecie poczuć samotność, inność i wyklęcie przez wieś, jeśli chcecie doświadczyć niezrozumienia, przejść drogę do uświadomienia sobie swojej tożsamości, to sięgnijcie lepiej po Borbelego. Tam jest prawda, która dotyka do żywego. I jakaś jej cześć w nas zostaje.

**cytaty pochodzą z recenzowanej książki

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl

lc_logo

Chciałam jeszcze dodać postscriptum. Nie odważyłam się na umieszczenie tego w głównej recenzji z uwagi na moje dyletanctwo w temacie. Na kartach książki kryje się też historia Węgier i Rumunii. Zapewne trudna i skomplikowana a na pewno potęgująca poczucie wykluczenia.

Advertisements