Uncategorized

Weekend

Niemal w każdy piątek, kiedy już wiem, że nie muszę nigdzie jechać, niczego organizować załatwiać, obiecuję sobie wielkie nicnirobienie oddzielane delikatnym sprzątaniem no i książką oczywiście (jest między czynnością a nieczynnością, bo przecież książka to zatrzymanie czasu rzeczywistego, żeby mogły się przed nami rozprzestrzenić połacie nierzeczywistości). Gówno mi zawsze z tych planów wychodzi poza nicnierobieniem. Oczywiście.

Czas mi przecieka przez palce a wszystko, co istotne ma przyjść za chwilę. No ale ta chwila co przyjdzie, jest taka przyjemna ale minie, wiec wolę się rozkoszować jej nadejściem, czekaniem niż tym, że jest. I odkładam ją w nieskończoność tak, że w końcu nie następuje, ponieważ nieskończoność weekendu ma swój koniec w niedzielę. A ja się cieszę, bo jakby nie patrzeć wciąż ją mam przed sobą.

I wciąż czytam książki ukradkiem w pociągach, na przystankach (jak wciągają) i w windach (to głównie w przypadku kryminałów) i nierzadko w kiblu ( ojakmiszkoda czasu w tygodniu). Wszystko mam wyliczone co do minuty i ledwie się mieszczę.

Za to w weekendy się wylewam. Ze wszystkich swoich planów, postanowień,  z każdego swojego kształtu, do którego doprowadzam się w tygodniu. Wylewam się z życia, które misternie układam w łańcuszek, dziergając oczka z wywieszonym językiem. Jestem plamą. Kropką, przecinkiem a może najbardziej dwukropkiem, albo jeszcze lepiej, nawiasem, do którego wślizguje się wszystko to, co upychałam do kieszeni w ciągu tygodnia. Wszystkie moje nanosekundy, w których złapałam ten gest czy uśmiech, te słowa, co zawisły w powietrzu choć echo ich było takie wyraźne. I w tym nawiasie, między jedną ścianką a drugą przechadzam się w tą i z powrotem, oglądając i macając każdy przedmiot wyjęty z kieszonki. Bo przecież gdybym tak nieustannie całe życie miała upychać wszystko w kąciki i dziurki, nie miałabym czasu na zachwyt. I po co mi wówczas to całe życie?

Mój weekend nie miałby sensu gdyby nie istniał tydzień.

Reklamy