lit. polska · o ksiązkach · Wsi spokojna wsi wesoła

O „Dygocie” Małeckiego i o mnie

dygot_front_1500pxPrzeczytałam w końcu „Dygot” Małeckiego. I tak się cieszę, że się zabrałam, bo po opinii mojej koleżankipoksiążkach to myślałam, że nawet nie zajrzę. (Edi, pozdrawiam!) Po stu stronach przeczytałam raz jeszcze wnioski Edi  i to był ten moment, kiedy wszystko kliknęło. Jakoś tak mi było nieswojo podczas lektury a nie umiałam powiedzieć dlaczego.

Fajnie mieć koleżankipoksiążkach🙂

Faktycznie po Myśliwskim, Tokarczuk, Potoroczynie czy Szostaku Małeckiego się czyta z lekkim ziewem. Ale na jego korzyść, w moim przypadku, przemawia fakt, że dobiłam do końca. Więc aż takiej tragedii nie ma, choć mam ochotę trochę po nim pojechać. Bo były momenty, kiedy miałam wrażenie, że wiem od kogo pożyczył ten obraz, co go przed nami maluje, że język był wykreowany i wymagał dokładniejszej obróbki, że mi postaci nie tworzyły jednej całości tylko były rozczłonkowane, (nasunął mi się „Autoportret odczuwalny” Białoszewskiego mimo, że to nie ta estetyka:  Nieraz mi ręce / żyją zupełnie osobno. / Może ich wtedy nie doliczać do siebie?) że mi się historie nie lepiły bo albo idziemy w oniryzm albo w obyczaj a tu niektórzy jakby na chorobę dwubiegunową cierpieli (tak, czepiam się). No ale dobra, napisał i wszyscy och i ach jakie to wspaniałe, jaki talent, jaki język no i w ogóle niesamowita książka (niesamowity to jest Myśliwski – tu będę monotonna). Wyraziłam na LC swoją opinię, choć wiem, że lajków mi nie przyniesie (trafiłam tam na dyskusję komu lajki i dlaczegototakieniesprawidliwe) i poszłam na zakupy, bo w jednym sklepie ogłosili dobrą promocję. Kupiłam se kieckę, bluzkę i spodnie (a wszystko w błękitach – co to znaczy?) ale myślę, kurde, cały czas o tym „Dygocie”, o sobie i o swojej opinii a przede wszystkim o tych innych, którzy myślą inaczej niż ja. Bo Małecki to nie jest odosobniony przypadek. „Samotność liczb pierwszych” (p. Gioradno) zawiodła mnie strasznie, po „Płyń z tonącymi” (L. Mytting) spodziewałam się arcydzieła a to tylko niezłe czytadło, „Moja walka” (K Knausgard) to mnie wkurzyła tak, że nie skończyłam, podobnie było z „Bez daty” ( L Pappa), która infantylizmem sięgała zenitu …

Całe szczęście, że trafiłam na czas na pociąg i potem do domu i że te ciuchy to w sumie fajne wybrałam, chociaż ich nie potrzebowałam, no ale promocja. W pociągu nie mogłam się skupić na „Dublinesce” (E. Vila-Matas) chociaż to crème de la crème chyba jest, bo ciągle myślałam o „Dygocie” a w zasadzie o moim podejściu do książek.

I kurde, co jest ze mną nie tak? A może wszystko właśnie w porządku? Lubię mieć własne zdanie, lubię się oddać opowieści, dać się przemielić czy zeszmacić, lubię jak boli (choć czasem nie dźwigam). Lubię jak mam czasem  to drżenie przy zdaniach, które zbliża mnie do orgazmu niemal i muszę zamknąć książkę, bo kolejnego akapitu nie dźwignę i zemdleję z wrażenia.(Są jeszcze takie książki!) Lubię się kochać w bohaterach, wprowadzać się do ich żyć i odpływać w nieznane, szczególnie, kiedy zamknę książkę i sama sobie podopisuję watki. Lubię jak mnie język zmusza do wybrania tła i drugiego planu, do połączenia myśli z działaniem, do ujrzenia tej drogi, która była zasugerowana tylko, a którą sama musiałam namalować, żebym poczuła ją na sobie, pod nogami, pod palcami i w głowie. Czyli niby wszystko w porządku ale ja się jednak zastanawiam…

Nie wiem, czy moje, odmienne od innych myślenie, jest moje czy jest tylko odpowiedzią na powszechne opinie. Czy jestem sobą czy nie chcę być innymi. Czy myślę ja czy myślę inaczej. Czy oceniam w zgodzie ze sobą czy w opozycji do innych? I czy nie wsiadam do samolotu z biletem na konkretną wycieczkę zamiast wsiadać do pociągu byle jakiego. Czy nie obwieszam się za bardzo talizmanami podczas czytania i nie sprawdzam czy dźwięczą w odpowiednich momentach, czy nie przykładam ucha do szyn sprawdzając, czy jedzie już pociąg, bo chyba kiedyś powinien (a przecież czasem nic nie przejeżdża). Ale czy umiem wyjechać w podróż bez tego wszystkiego? Czy to nie byłoby ubezosobowienie mnie samej?

Oczywiście, że będę się zarzekać, że opiniuję w zgodzie ze sobą, co więcej jestem o swoich racjach głęboko przekonana a jak już spotkam kogoś, kto podziela moje zdanie, to dam się zabić za swoją prawdę (poparcie potwierdza moją nieomylność:-P). Przecież ją czuję czasem jak te zdania, po których uginają mi się nogi!

Ale niekiedy, gdy już ochłonę ze złości lub uniesienia, gdy podreptam trochę dalej od zdarzeń, otwieram małe okienko, przez które pozwalam innym myślom do mnie podpłynąć i przyjrzeć im się z bliska. Tak z ciekawości …

P.S.(26.08.16) Bo mi niezastąpiona Edi zwróciła uwagę, że przecież jeszcze „Malowany ptak” Kosińskiego i że właściwie to on przede wszystkim. Zapomniałam o nim zupełnie, bo czytałam go jeszcze w liceum ale faktycznie podczas lektury „Dygotu” skojarzenie nader często powinno nasunąć się samoistnie.

Advertisements

8 thoughts on “O „Dygocie” Małeckiego i o mnie

  1. Potwierdzam Twoją nieomylność – jeśli chodzi o zasadność posiadania własnego zdania 🙂 Z „Malowanym ptakiem” nie przesadzajmy, to bardziej chyba książka skandalizująca niż przejmująca ale przeczytać nie zaszkodzi.

  2. Zgadzam się z Tobą w kwestii „Malowanego ptaka”. Problem w tym, że Malecki zbyt dużo z niego czerpie. Kiedy już po lekturze „Dygotu” i po wyrażeniu swojej opinii zaczęłam czytać, co inni myślą na ten temat znalazłam jeszcze jeden aspekt, na który nie zwróciłam uwagi (na szczęście zrobił to ktoś inny). Mianowicie, że albinizm jest tu bardzo potraktowany po wierzchu. Ma być pewnie synonimem inności i przyczyną wykluczenia ale sposób, w jaki jest przedstawiony jakoś do tego nie przekonuje … Tej książce brak moim zdaniem dopracowania i głębi …

    1. Wtórność epatowania ekstremalnymi scenami to chyba grzech powszedni literatów, którzy chcą błysnąć – jest to przecież i u Twardocha i u Karpowicza. Prawo popytu i podaży, skoro się sprzedaje i to jeszcze w nimbie literackiego odkrycia, to czemu tego nie sprzedawać?

      1. Trudno się z Tobą nie zgodzić aczkolwiek robię to ze smutkiem. Martwi mnie, że kultura powiedzmy „wysoka” poddaje się prawom rynku … Z jednej strony rozumiem, z drugiej ta nasza „elita kulturalna” zamiast zawyżać poziom zaniża go, dla własnych korzyści albo i ego. Ludzie nie chcą czytać książek, które od nich czegoś wymagają … z muzyką jest z reszta podobnie, o filmie nie wspomnę. Długo by o tym gadać …

  3. Wydaje mi się, że to nie jest kultura wysoka, to tylko imitacja, która robi wrażenie na gimbazie, te książki popadają w zapomnienie tak szybko jak ucicha wokół nich marketingowy rejwach, rzecz w przypadku literatury wysokiej w prawdziwym tego słowa znaczeniu, niespotykana.

      1. Ale po co się starać, skoro nie trzeba się starać – wystarczy dobrze się wypromować, książka ma się sprzedawać, to przecież taki sam produkt jak, nie przymierzając, guma do majtek czy buty. Gdyby myśleć kategoriami misji, to pewnie wydawcy poszliby z torbami. Wiadomo, pieniądz rządzi światem, niestety.

Możliwość komentowania jest wyłączona.