Uncategorized

Jaka piękna katastrofa

To było tak… zazwyczaj zaczyna się tak samo i niepozornie a kończy hmm … tak jak można się spodziewać wielką katastrofą.

To musiał być weekend, bo pamiętam, że zaczęło się od sprzątania a wiadomo nikt normalny nie sprząta w tygodniu. Jak (jeśli) mam chwilę, wolę poczytać. W weekendy jest inaczej; kiedy po porannym bieganiu rozpościera się przede mną cały dzień, niczym nieograniczona przestrzeń, odkładam czytanie na jakieś później, którego nagle mam w nadmiarze. I którego drastyczne skurczenie dostrzegam dopiero w niedzielę wieczorem. W efekcie, często nie udaje mi się przeczytać ani jednej strony.

Zmrużyłam oczy i spojrzałam na jedyne słuszne miejsce sprzyjające czytelnictwu – łóżko. Było pościelone, należało zająć się strefą przybrzeżną. Niestety jest ona okupowana z mojej strony przez stosy nieprzeczytanych książek. W dużych ilościach. Cementuje je kurz.

Zaczęło się od jakiejś wyprzedaży w Matrasie, kiedy przyniosłam pudło. Pudło książek. Martwiłam się trochę, co na to mąż i na wszelki wypadek szybko podzieliłam wydaną kwotę na ilość książek potem na ilość stron i ostatecznie końcowa cyfra była tak korzystna, że nie było się do czego przyczepić. Ale mąż nawet się nie zająknął. Trochę teraz jestem o to na niego zła, bo to mnie pchnęło do dalszego nabywania. Teraz po kilku latach tamto pierwsze pudło jest jak pudełko od zapałek w obliczu tego, co nazbierałam. Kiedy pewnego dnia postanowiłam policzyć ten „najświeższy” zbiór (książki przy łóżku należą do kategorii przeczytać natychmiast a są jeszcze książki w bibliotece przeczytane i do przeczytania kiedyś tam), po 200 zwątpiłam. I wtedy, gdy nosiłam się z zamiarem sprzątania, zwątpiłam jeszcze mocniej, bo stosiki ułożone jeden obok drugiego, do wysokości zapewniającej im jako taką stabilizację, zaczęły docierać do drzwi garderoby. Lecz nie brak miejsca mnie martwi. To ilość. I moja głowa.

Nie ma takiej siły (chyba), żebym zdążyła wszystko przeczytać. Niby wiem. A mimo to wciąż dokupuję nowe pozycje. I nie są to zakupy kompulsywne, niczego sobie nie kompensuje. Po prostu czasem widzę tytuł, czytam o książce i czuje, że muszę ją przeczytać. Zazwyczaj zanim się za nią zabiorę, mam w planie skończyć jedną z pięciu, które aktualnie czytam, chociażby dlatego, że jest do recenzji i jestem jakoś tam obwarowana terminowo. W tak zwanym międzyczasie nabywam jeszcze jakieś dwie inne i tamta pierwsze rozsiada się w poczekalni, nierzadko na lata.

HELP!

Od kilku dni mam wrażenie, że to tylko kwestia czasu, jak te wszystkie stosy na mnie runą. Ja prawie czuję, jak się duszę. Co gorsza przy tym nadmiarze książek bywa i tak (kobiety, które mają pełną szafę ciuchów a nie mają się w co ubrać, mnie zrozumieją), że patrzę i patrzę i żaden tytuł nie woła do mnie „mamo”. Nic się nie chce przytulić. Zaglądam tu i tam czytam stronę dwie i nic, jakby nagle wszystkie dzieci w piaskownicy przestały chcieć się ze mną bawić. Wiecie jakie jest wyjście z sytuacji, nie?

Nie jestem maniakalnym czytaczem. Nie czytam zawsze i wszędzie. Nie rezygnuję z przyziemnych uciech dla przeczytania kilku stron więcej. Lubię sobie luknąć czasem na CSI, albo zasnąć podczas jednego z odcinków Top Chef. Lubię pójść na zakupy i przebębnić tam czasem kilka godzin, lubię się czasem spotkać z ludźmi, kocham biegać. Uwielbiam spędzać czas z moim synem…

Po jaką cholerę więc mam tyle książek????????

Na razie w ramach planu kryzysowego podjęłam decyzję o skonstruowaniu dodatkowych półek. Ufam, że okazując im tę łaskę i budując schron, książki mnie nie zaatakują. Ale nie wiem na jak długo to wystarczy.

Advertisements

2 thoughts on “Jaka piękna katastrofa

  1. och, jak dobrze to rozumiem! po pierwsze mam tak samo z weekendami – okazuje się, że w weekendy czytam o wiele mniej niż w tygodniu, z tego samego powodu co Ty, bo wydaje mi się, że mam o wiele więcej czasu. a co do kupowanych książek – to u mnie działa jak lawina: im więcej kupuję, tym więcej chcę mieć. przyznaję, czasami kupuję kompulsywnie, jak mam zły dzień w pracy, bo i księgarnie mam tuż za rogiem… ale na ogół kupuję, bo autentycznie te książki chcę i wierzę, że przeczytam, chociaż zdrowy rozsądek i doświadczenie mówią mi, że jest to fizycznie niemożliwe. na jesieni będę się przeprowadzać i co, czy mnie to powstrzymuje od kupowania kolejnych książek? nie, bo jestem w takim momencie, w którym jedno pudełko książek więcej czy jedno mniej nie zrobi już żadnej różnicy! pocieszam się, że każdy ma jakiegoś bzika. mam i ja 😉

    1. dobrze, że nie jestem sama. Jakoś zawsze traktowałam te zakupy jako nieszkodliwe (aż mnie w końcu przytłoczyły), poza tym tak jak Ty ja zawsze głęboko wierzę, że przeczytam książkę, która właśnie kupuję. A poza tym jeszcze:-)każda książka jest dla mnie obietnicą jakiegoś nowego świata nowego lądu, na którym chcę się skryć albo zwyczajnie pomieszkać. To może być też chęć przygody albo zwyczajna ciekawość. No i sama myśl, że mam kilka godzin innego życia za 20-30 pln jest tak kusząca, że nie mogę się jej oprzeć!

Możliwość komentowania jest wyłączona.