LC · lit amerykańska · lubimyczytac · recenzje · społeczeństwo

Bez Skazy – J Franzen

bez-skazy-b-iext30164301Niestety nie mogę powiedzieć, że Franzen mnie do czegoś przyzwyczaił, bo dwie przeczytane powieści to trochę za mało, by mówić o nawykach. Ale wystarczająco, by mieć oczekiwania. Nie ukrywam, ze „Korekty” zachwyciły mnie do tego stopnia, że wciąż o nich dyskutuję z koleżanką. Potem (chyba dobrze, że czytałam jego pierwszą powieść „potem”) było „Dwudzieste siódme miasto” i zachwyt jakby zelżał. Zaczęliśmy od wysokiego C – nagrodzonej pozycji (National Book Award), by potem wracać do książek wcześniejszych (niedawno wydano „Silny wstrząs” zdaje się drugą powieść w dorobku autora) i w sumie dobrze jest znać kolejność w jakiej Franzen pisał, by dostrzec, że sukces „Korekt” nie był przypadkowy. To nie była książka, która mu się „udała”. To pozycja absolutnie świadoma i tą świadomość dostrzega się znając jego wcześniejsze powieści.

„Bez skazy” zostało wydane w tym roku, 14 lat po „Korektach”, 5 lat po „Wolności” i przyznam, że przebierałam nogami, zastanawiając się, co też zastanę w świecie Franzena. I… w mojej ocenie jest to poniekąd miks pierwszych powieści z ostatnimi. Z góry przepraszam za wszystkie „tak jakby” „poniekąd” i „jak gdyby” oraz za „wydaje mi się”, „chyba” i „nieśmiało sądzę”. „Bez skazy” to książka napisana z rozmachem, który „chyba” mnie trochę przerasta. Mnóstwo rzeczy wymyka mi się z rąk, przez co moje ogólne wrażenie pozostaje niekompletne (choć jest dobre).

Tym razem rodzin w pewien sposób dysfunkcyjnych ( nie lubię tego słowa bo jest jak pudełko na śmieci niesegregowalne) mamy trochę więcej, choć wszystkie skupiają się wokół głównej i tytułowej bohaterki Purity (taki też jest tytuł oryginału). Wszystkie relacje rodzinne, o których będziemy czytać są okaleczone i nie jest to kalectwo, z którym spotykam się na co dzień w moim środowisku. Natomiast ani przez chwilę nie wątpiłam w wiarygodność zdarzeń (no dobra, czasem się wahałam). Franzen ma dar, że tak się buńczucznie wyrażę, choć po amatorsku, drobiazgowej obserwacji, wyciągania błyskotliwych wniosków i niezwykłej empatii. Poza tym Franzen to feminista i to z poczuciem humoru i dystansem do siebie. W jego powieściach to kobiety wiodą prym, to im podporządkowuje zarówno mężczyzn jak i fabułę, to po ich stronie staje, to je kocha najbardziej (jakże widać tą czułość!) i to one są mądrzejsze. (Ale mężczyzna Franzen nie umniejsza sobie. Nie pozwala też być swoim bohaterkom takimi, jakie są tylko dlatego, że sam czuje się od nich mądrzejszy, on je naprawdę kocha. Czule!). Dlatego też pozwalam mu się z nich czasem naigrywać i nie miałam żalu za matkę Purity, która nie raz doprowadzała mnie do rozpaczy.

Obraz rodzin, który przed nami maluje jest konsekwentny i kompletny, choć nie zawsze opisany drobiazgowo. Zaczerpnę zdanie z „Jak przestałem kochać design” Marcina Wichy, którym poczęstowała mnie dziś koleżanka i które pasuje mi jak ulał do autora „Korekt”: Rzeczownik wyraża zaufanie do czytelników. Tak! To jest to! Franzen ufa czytelnikowi oszczędzając mu przymiotników i nie wyręcza go z myślenia. Bez trudu znajdujemy kierunek, z którego wyruszają bohaterowie i wiemy dokąd zmierzają (ale to nie ma nic wspólnego z przewidywalnością). Każdy ich krok w ich świecie ma sens, choć odbiega od mojego rozumowania świata. I w końcu, choć to wcale nie jest najmniej istotne, te rodziny utożsamiają jakąś grupę społeczną, o której autor chce pomówić, której przywary chce nam (i im) wyłuszczyć (żeby nie powiedzieć obnażyć).

Intryga, która stała się pretekstem (tak sądzę) do odmalowania społeczeństwa, też zdaje się być odzwierciedleniem poglądów autora. (Nie chciałabym zdradzać zbyt wiele). No i tytuł. W oryginalnej wersji jest imieniem głównej bohaterki ale to imię nie jest przypadkowe i w moim przekonaniu polski tytuł bardzo dobrze oddaje sens książki. Wszyscy bohaterowie mają coś na sumieniu, ale każdy z nich dąży do czystości, do przejrzystości, do nieskazitelności. Problem w tym, że pewnych zdarzeń nie da się wymazać, wszystko, co możemy zrobić to pracować nad sobą konsekwentnie i próbować się zmienić. Ale czy to możliwe?

Nie mogę się oprzeć jeszcze postscriptum. Pozostając niezmiennie fanką Franzena, zastanawiam się, co by było, gdyby to on a nie Rowling, napisał „Trafny wybór”? Ta skądinąd niezła książka, ma w sobie wszystko, o czym Franzen „lubi” pisać … Aż się boję pomyśleć. Może lepiej, że tak się nie stało; po takiej lekturze mogłabym nie mieć ochoty na czytanie niczego więcej. Nigdy. A ta perspektywa nie jest kusząca.

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytać

lc_logo

Advertisements