LC · lit amerykańska · lubimyczytac

No więc dobrze – P. Bowles

Nadrabiam zaległości:-)  Miałam ostatnio moment, kiedy nie potrafiłam tak bardziej estetycznie dobrać słowa, żeby mi jakieś gustowne korale powychodziły. Nic mi do siebie nie pasowało. W głowie też jakiś mętlik… a może to była po prostu pustka? I nie chodziło o to, że mnie nic nie zachwyca, nie wzrusza, czy nie wkurza, tylko o to, że bardziej niż kiedykolwiek nie byłam w stanie tego wyrazić …

Z końcem roku rzuciłam się na kryminały (Chmielarz – polecam). O rany jak mi było dobrze, nie muszę myśleć kombinować, snuć domysłów, szukać dziury w całym. Mogę w końcu być głupia i dać się prowadzić za rączkę jak ostatnia naiwna. Co więcej im bardziej się poddam tym więcej radochy z lektury. ( Ja nie jestem z tych co się ściga z detektywem/policją, kto pierwszy odkryje mordercę) Było mi bosko. Oczywiście nie da się tak zbyt długo, wiec powoli uśmiecham się do stosów zaległości kurzących się przy łóżku, a najbardziej to mnie kusi Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość. Po Białymstoku wróciła ochota na reportaże. Może mi się skóra spancerzyła? Enyłej z nowym rokiem nowym krokiem, mogę znów skakać przez kałuże pełne poematów. A czasem nawet w nie wpaść.

Więc tadam pierwsza zaległa recenzja:

404722-140x200Zacznę od tego, co wiemy. Zblazowany i znudzony Dyar – urzędnik bankowy, podejmuje, ku zdziwieniu swoich bliskich, decyzję o wyjeździe do Tangeru licząc, że to zmieni jego życie. W zasadzie z miłą chęcią poprzestałabym na tym jednym zdaniu, bo jakby się na nim skupić, to zawiera wszystko, co potrzeba, by zachęcić zarówno do przeczytania książki, jak i zaintrygować fabułą. Bo niby z takich postanowień nic dobrego raczej wyniknąć nie może ale wiadomo, że życie pisze najbardziej nieprawdopodobne scenariusze.

Wcale nie mam na myśli tego, że książka jest przewidywalna, ale wystarczy poczytać co nieco o Tangerze w latach powojennych, zajrzeć do biografii Paula Bowles’a trochę pokombinować i mamy lekki zarys tego, co nas może czekać.

Nie będzie to może jazda bez trzymanki w jakimś dosłownym tego słowa znaczeniu (tak obiecuje zapowiedź), ale atmosfera gęstnieje z każdą stroną. Uważny czytelnik, szybko dostrzeże kunszt w odmalowywaniu postaci oraz zdarzeń i poczuje niemal namacalnie to, co rysują słowa. Co więcej one go oplotą i zakleszczą. Bowles jest niezwykle sugestywny w swych opisach. Pozostawia nam przestrzeń na domysły, interpretację i ocenę ale jednocześnie nie pozwala nam rozsiąść się wygodnie w fotelu, by w ciepłym spokojnym domu, z oddali obserwować perypetie bohatera. To też nie jest tak, że stajemy się uczestnikami tego życia tak odległego od naszego tylko nie pozostajemy zupełnie obojętni wobec tego, co czytamy. Nie jesteśmy może uwikłani ale wciągnięci, zarażeni, kupieni…

Pamiętam, że za każdym razem, gdy miałam otworzyć książkę, wynajdywałam sobie tysiąc powodów, by tego nie zrobić a jednocześnie wciąż o niej myślałam. Tak więc czas, gdy odkładałam lekturę, był czasem, kiedy w niej w jakiś sposób byłam. Natomiast, gdy już zaczytałam czytać, trudno mi się było oderwać mimo, że nie raz chciałam uciec stamtąd jak najdalej. Atmosfera zdarzeń, bierność głównego bohatera (niejednokrotnie wytykana), deszcz, narkotyki, prostytucja, niejasne układy i powiązania tworzyły jakąś lepką, tłustą warstwę na kartach książki. Coś odpychającego ale z drugiej strony na tyle odmiennego i wiarygodnego, że fascynowało. Już tam jesteś, tak daleko od siebie, od domu więc nie spędzisz całej wycieczki w hotelu i wychodzisz na miasto. A miasto cię pochłania.

Wspomniałam, że decyzja Dyara o wyjeździe miała odmienić jego codzienną rutynę. Odniosłam wrażenie, że to była jedyna decyzja jaką podjął i chyba pokładał w niej wszystkie nadzieje, jakie kiedykolwiek miał (i jeśli je miał).

Nelson Dyar jest niesamowicie biernym bohaterem, liczącym, że życie przeżyje się za niego a on na tym skorzysta, w zasadzie już samym faktem, że będzie. Zachowuje się jakby leżąc bezczynnie pod jabłonią, czekał aż wpadną mu wprost do rąk piękne, dojrzałe jabłka. Tylko najlepsze okazy. Ale że zdarza się inaczej i pod nosem lądują wybrakowane owoce, zadowala się tym, co jest. Jakby nie rozumiał, że nic nie dzieje się samo, że nie ma skutków bez przyczyny i żeby był jakiś skutek, żeby coś się zadziało, musi być przyczyna, jakiś punkt zapalny, jakaś wola, chęć działania. Może by tak chociaż potrząść drzewem?

Trudno nazwać jego istnienie życiem. Bo jak można żyć, nie dokonując wyborów, nie podejmując starań czy wysiłków, nie stanowiąc o sobie tylko ulegając chwili i okolicznościom? Jak można żyć nic nie robiąc, nie wymagając od siebie, nie starając się choćby w minimalnym stopniu nadać swojej egzystencji jakiś kierunek, o celu już nie wspominając?

Kierunek Dyara to seria przypadków, zupełnie niezarządzanych, którym się poddaje być może z ciekawości, jak się skończą albo w ufności, że spotka go łut szczęścia i coś na tym ugra, albo wręcz ze zwykłego lenistwa i bezmyślności. Ale czy można wygrać życie będąc umarłym? I czy można wygrać nie grając?

Szczerze wątpię.

Recenzja ukazał się na portalu lubimyczytać

lc_logo

Advertisements