lit. polska · o języku

Mój język prywatny – Jerzy Bralczyk

Bralczyk-Moj-jezyk.prywatny.okladkaKiedy miałam okazję (zaszczyt, przyjemność – w zależności od nastroju, wybieram) studiować na Sorbonie, jednym z moich przedmiotów była stylistyka prozy. Były to bardzo ciekawe zajęcia, z których ja, jako obcokrajowiec, nie mogłam czerpać w pełni. Ale! Na tejże stylistyce zajmowaliśmy się omawianiem figur retorycznych w tekstach literackich; najczęściej była to klasyka. Wyszukiwaliśmy je w zadanych fragmentach i rozprawialiśmy o nich, jednym słowem oswajaliśmy je. I kiedyś nasz wykładowca zahaczył o Niebezpieczne związki Choderlos de Laclos i powiedział coś, co pamiętam do dziś i co wzbudziło mój niekłamany podziw dla pisarza. (Do tego stopnia, że książka była tematem mojej pracy magisterskiej) Mianowicie Laclos był jednym z nielicznych pisarzy, którzy każdej ze swych postaci dali własny język, własną stylistykę.

Na ogół jest tak, z czego nie zdajemy sobie sprawy, a co często występuje u pisarzy, (utrudniając nam czasem rozróżnienie postaci), że bohaterowie powieści mówią językiem autora. Jest to język dość charakterystyczny, poprzez budowę zdania, użycie tych a nie innych słów, niektórych nawet zauważalnie częściej , a także zwrotów, związków frazeologicznych itd.. Postaci mówią tak, jak mówi autor. (To tak na poziomie języka, bo często logika wszystkich bohaterów też bywa podobna i wtedy jest to dramat.) A Laclos nie! On nie pożyczył swoim postaciom swojego języka (sposobu wyrażania się) ale każdej z nich nadał jej własny prywatny język… niby nic wielkiego a z drugiej strony jak wielka to rzecz!

Już zmierzam do brzegu. Jerzy Bralczyk, a jakże by inaczej, swojego języka jest w pełni świadomy. Swojego nie jako polskiego ale swojego – używanego. Do książki „Mój język prywatny” wybrał dla czytelników słowa, które w jakiś sposób są dla niego ważne, istotne, ciekawe, lubiane i o nich opowiada. Może gdyby tego nie zrobił Prof. Bralczyk byłby to nudny wykład (choć też nie do końca, bo mnie temat ciekawi), ale opowieści o słowach w wykonaniu autora są nader interesujące. (Doczytałam, że jest też audiobook czytany przez autora – muszę mieć!)

Piszę o swoich przemysleniach po lekturze i czuję się na cenzurowanym, bo jak tu pisać o kimś, kto włada językiem ojczystym tak dobrze, tak świadomie i tak poprawnie? Ponad to, teraz ważę słowa i obracam je w palcach, przyklejając jak puzzle do obmyślonego zawczasu obrazka i sprawdzam jak pasują. Problem w tym, że mnie w jedno miejsce pasuje wiele elementów, gdyż nie jestem czuła na niuanse. A właściwy jest tylko jeden.

Niby niczego odkrywczego nie znalazłam, niby.  Czytałam o słowach poukładanych w zdania, które były dla mnie oczywiste (to słowo też pojawia się w leksykonie) – ich znaczenie, użycie, kontekst. Ale szybko złapałam się na tym, że co z tego, że ja o tym wszystkim wiem, skoro od kilku dni o tych słowach intensywnie myślę? Więc może wiem, ale niewystarczająco? Albo wiem a nie rozumiem? Nie korzystam? Z tym myśleniem to jest tak jak wówczas, gdy chodzi za mną jakiś zapach, albo nowe buty czy kiecka, którą dostrzegłam na wystawie i w której zdążyłam się zwizualizowac i jej zapragnąć.

Zapragnęłam zajrzeć słowom do wnętrza. Poprzymierzać je, ponosić, posmakować ich. I to mi wcale nie przechodzi.

Nie od wczoraj otaczam się słowami, to mój świat, ale … pamiętacie taką scenę z Pięknego umysłu, gdzie bohater siedział w tej swojej kanciapce oblepionej wycinkami z gazet i nagle jeden przebłysk jasności i pozorny nieład przypadkowych słów zaczął się układać w pewien szyfr, który można było odczytać. I ja miewam takie przebłyski spotykając słowa, o których czytałam w leksykonie Profesora Bralczyka. Bo nie mijam już wszystkich tak obojętnie, nie ślizgam się po nich wzrokiem tylko międlę je pod językiem, smakuję, obracam, próbując wyssać najgłębszy smak. I cudowne jest to odczucie.

Nie zamierzam piać peanów, nikogo zachęcać ani zniechęcać. Profesor Bralczyk to marka, MARKA,  nie trzeba jej przedstawiać czy omawiać. Pozwolę sobie jednak na koniec na mały cytat:

(…)No właśnie. Jest „piękne” piękne? Przyznam, że mnie się nie za bardzo podoba. Podobne jest do „pęknę”, o którym nikt nie powie, że ładne. W słowie „piękne” miękkie „pi” na początku zbyt przypomina lekceważące prychnięcie. Nosowe „ę” stęka. Zwłaszcza z „k”. A połączenie „k” z „n” też jakieś takie … W sumie nic specjalnego …(…)

I wiecie co? Pierwszy raz ciesze się, że ja też nie jestem piękna.

P.S. Na zbliżające się urodziny zamówiłam sobie kolejne pozycje Profesora, to pię … zacny prezent:-)

Mój język prywatny.
Jerzy Bralczyk
Wydawnictwo Iskry, 2015. Książka poprawiona i uzupełniona w stosunku do poprzedniego wydania

Advertisements