balet · recenzje

Rudolf Nurejew – Jan Stanisław Witkiewicz

978-83-244-0380-6Nurejew to nazwisko pudełko, przynajmniej dla mnie. Nie, wcale nie interesuje się jakoś specjalnie baletem choć nie ukrywam, że chciałabym (wszystko przede mną). Zaczęło się niewinnie od „biografii” Matyldy Krzesińskiej, która jako druga w historii baletu otrzymała tytuł Primaballerina assoluta Teatru Maryjskiego (czasy ostatniego cara Mikołaja II). Dużo tam było bajdurzenia i choć taniec był jednym z głównych tematów, to nie jedynym, (jedynym słusznym tematem była tancerka) ale u mnie już zaiskrzyło. Już chciałam więcej. Potem ktoś podsunął Tancerza (Colum McCan), o Nurejewie, którego czytałam z lekkim niedowierzaniem, podejrzewając autora o manieryzm i przekoloryzowanie. Niesłusznie.

Mimo, ze Tancerz naprawdę nieźle oddaje życie Rudika, pozostał we mnie niedosyt. Myślę, że on już zawsze we mnie będzie, bo jednak Nurejew to geniusz, postać wyjątkowa, tragiczna, fascynująca i momentami odrażająca. To wszystko sprawiło, że dosłownie w jeden dzień połknęłam jego biografię autorstwa Jana Stanisława Witkiewicza pod bardzo oczywistym tytułem – Rudolf Nurejew.

Początkowo hamował mnie język. Bardzo krótkie zdania. Trochę jak szczebelki drabiny, po której idzie się w górę ( jednak!). Brakowało mi jakichś łączeń, spoiny, łagodnych przejść. Chciałam tańczyć w duecie a zostałam „tylko” widzem. Teraz widzę, że ten zabieg, niewątpliwie celowy, był uzasadniony i słuszny. Autor oszczędził nam komentarzy, nie wczuwał się w uczucia Nurejewa ale je komunikował. Sucho, oddzielając jedno od drugiego kropką. I w tych właśnie zabiegach, w tych zdaniach pozornie tylko oznajmujących jest cała przestrzeń dla nas, czytelników/widzów. Odebrałam książkę trochę jak spektakl, do którego średnio się przygotowałam, i który wymagał ode mnie skupienia, by go zrozumieć, ale który dawał mi miejsce na moje interpretacje, moje uczucie (często współczucie), moje opinie, moje zdanie, i w końcu moją wyobraźnię. Nikt mi nie powiedział, co mam myśleć o tancerzu, za to opowiedziano mi kim był (geniuszem), jak pracował (morderczo) jak żył (szybko i niebezpiecznie) i to ode mnie zależy czy się zachwycę czy nie. Dostałam pięknie oprawiony obraz i mogłam go spokojnie kontemplować.

portrait-nurejew2Rudolf Nurejew to niewątpliwie kolorowy ptak. Butny, odważny, pewien siebie. Arogancki ale nieprzeciętnie utalentowany, pracowity i konsekwentny. Kiedy się czyta o jego początkach, nie sposób nie wspomnieć Billy Eliota. W obu przypadkach ojcowie nie mogli znieść myśli, że ich synowie chcą tańczyć, więc im tego zabraniali. W obu przypadkach determinacja i miłość do tańca zwyciężyły ale na tym koniec podobieństw. Nurejew był głodny życia, ludzi, nowych miejsc, nowych doświadczeń, nowych emocji, wszystkiego , co nowe. Nie wyobrażał sobie jednak, by kłaść się spać niezaspokojonym, wiec brał garściami to, czego pragnął. Po ucieczce na Zachód wszystko było na wyciagnięcie ręki. Ale na sławę, pieniądze i błysk fleszy już ciężko zapracował. Taniec był jego życiem dosłownie i w przenośni.

To, co dało mu tyle szczęścia, co ułatwiało mu głębokie oddychanie, paradoksalnie go zabiło. Mordercza praca i podporządkowanie swojego życia scenie, przypadkowy seks w najrozmaitszych kombinacjach, alkohol, szaleńcze tempo, musiało się kiedyś zemścić. Nurejew żył na scenie i na niej też umierał, na oczach widzów. Trawiony przez AIDS, słabł. Mylił się coraz częściej, miał coraz mniej siły i coraz bardziej zawodziła go pamięć. Kiedy nie mógł już tańczyć, został dyrygentem. Powiedziano mu, że dyrygenci żyją długo, a on bardzo chciał żyć.

Rydolf-NyrievMogłabym tak o nim pisać i pisać, bo moja fascynacja nie mija. Nie jest to jednak czysty zachwyt i podziw, bo Nurejew był chyba bardziej demonem niż aniołem. Oczywiście chylę czoła przed jego talentem i pracowitością, przed tym, co zrobił dla baletu i dla tancerzy i jako członek zespołu i jako choreograf. Ale to co mnie fascynuje w nim najbardziej, to jego niegasnąca pasja i miłość do baletu. I geniusz, który jest dla mnie jakąś tajemnicą, czymś niezbadanym, niedotykalnym. Nie zrozumiałabym tego, gdyby autor obsadził mnie dyletanta w jakiejkolwiek roli na scenie, obok mistrza. Zgubiłabym się, nie rozumiejąc języka baletu. Na szczęście zostałam widzem mając w ręku bilet z najlepszą możliwą miejscówką. I mogłam podziwiać. Po swojemu.

Rudolf Nurejew – Jan Stanisław Witkiewicz

Wyd. Iskry, 2014

Zdjęcia wygrzebałam z sieci, ale w książce tez ich nie brakuje:-) na koniec duet z Margot Fonteyn, której Nurejew „dał” drugie życie na scenie

Advertisements