emigracja · LC · lit amerykańska · lubimyczytac · recenzje

Imperium – Thomas Kelly

imperium-390U nas w domu każdy ma swoje pasje i upodobania. Żeby było ciekawiej, rzadko podzielamy swoje gusta. Kiedy idziemy do kina, to raz na film dla mnie, raz dla męża, raz dla syna. Nierzadko dwa razy na trzy śpię, ale założę się, że podobnie ma mąż i czasem syn.

Film gangsterski to nie jest moja bajka. W sumie to nie wiem dlaczego, bo tam przecież nie ma dobrych i złych są tylko mniej i bardziej źli, wiec powinno być ciekawie. Ale może ja się nie umiem jakoś ustawić z tymi zaciśniętymi kciukami za kimś nawet najmniej złym? Nie umiem kibicować, kiedy jeden mniej zły chce zabić drugiego bardziej złego? Nie mam pojęcia ale tak jakoś się dzieje, że gdy mąż odpala kolejny film z gatunku, zazwyczaj zanurzam się w internet.

Nie bez kozery piszę o filmie, ponieważ „Imperium” w mojej ocenie jest bardzo plastyczną i bardzo filmową książką. Trochę dziwnie mi o niej pisać, bo czułam nosem, że jest niezła a z drugiej strony centralnie nie w moim klimacie. Ale się postaram.

Nowy Jork. Lata 30. Wielki Kryzys. Emigranci. Budowa Empire State Building. Porachunki mafii. Korupcja. Miłość. Przyjaźń. Zdrada. Jest wszystko. Sprawnie splecione, ciekawie opowiedziane (pod koniec czytałam z zapartym tchem, nawet ja!). Jest czasem trochę banalnie, a czasem wcale nie. Nie znalazłam po drodze niczego, co by mnie zniechęciło czy oburzyło.

Mamy klasyczny trójkąt. Mafiozo (żonaty, dzieciaty), jego dziewczyna, którą wplątuje w swoje interesy, no i on, emigrant, robotnik, walczący skrycie o prawa swojego kraju, szlachetny, twardy i wrażliwy, no ideał prawie. Jak się można domyślić, mamy coup de foudre (też klasyczny) między dziewczyną a emigrantem. Każdy w tym trójkącie ma swoje własne motywy, swój własny interes do ugrania, ale jest w tym wszystkim również miłość, taka nie cyniczna, piękna, filmowa, chciałoby się powiedzieć prawdziwa… ale to mogłoby być ryzykowne. Niestety poszczególne cele się wykluczają i zwycięzca może być tylko jeden.

Wiem, że to wszystko powyżej może brzmieć jak sztampa, ale jakoś udało się te wytarte ścieżki dobrze przyozdobić. Czy była to budowa Empire State Building i losy zwykłych robotników? Czy emigranci walczący na obczyźnie o swój kraj, o swoje miejsce, o siebie? Czy zwykły niewymuszony, ale niezły rys psychologiczny postaci, Nowego Jorku, czasów kryzysu? Pewnie wszystko na raz. Nie jest to zapewne książka, która rzuci na kolana i wywoła efekt „wow” (choć mogę się mylić), ale jest to przyzwoita pozycja dla miłośników gatunku, którą chętnie zobaczyłabym na wielkim ekranie. I jeśli jakimś cudem tak się stanie, mam nadzieję, że reżyser nie ogołoci jej z tego tła, które jest bohaterem drugoplanowym i niezbędnym. Inaczej to może być historia, jakich już było wiele.

Advertisements