Perfumy

Trójkąt doskonały, Shalimar, Makine i Proust

Anna Wołoch« Longtemps je me suis couché de bonne heure ». ( „Przez długi czas kładłem się spać wcześnie”). To jedyne pierwsze zdanie jakie znam na pamięć i wcale nie jest to przypadek, gdyż zdania, które następują po tym pierwszym, zabierają mnie do krainy, którą znam, ale w której zawsze bałam się przebywać, mając wrażenie, że jestem w niej przeraźliwie samotna. Dziś boję się mniej i tej krainy i siebie samej i tego, że tak często nie przystaję i tak bardzo lubię uciekać. Może to kwestia wieku, a może to wszystkie zdania, które przeczytałam, które we mnie zostały i te, które ze mnie uleciały jakoś ugniotły mi posłanie. I oswoiłam się z ich zapachem, miękkością. Zaczęłam ufać ciepłej, rozespanej wanilii, słodyczy ukrytej w podniebieniu … przestałam być podejrzliwa, kiedy jest mi dobrze… To zdanie też przyszło mi na myśl, z okazji lektury Francuskiego testamentu Makina oraz testów Shalimara (EDP) i teraz, gdy na to patrzę, z lekko zmrużonymi oczyma, widzę trójkąt doskonały. Shalimar jest trochę jak Proust, którego pierwszą cześć przestudiowałam dość dogłębnie i pod okiem wielkich profesorów. Niby wiem to i owo, czytałam w całości i fragmentami, cóż by więc mogło mnie wzruszyć? Na pewno nie oklepany epizod z magdalenką. A jednak. Od niechcenia znów wyciągam książkę z półki, zdmuchuje kurz, otwieram i czytam pierwsze zdanie. To, które znam na pamięć. I niewątpliwie jest to klucz do komnaty skarbów Alibaby, bo nagle otwierają się drzwi a za nimi mieni się oślepiające złoto. Jak to się stało że wcześniej go nie dostrzegłam? Jakie struny drzemały we mnie rozleniwione, że nie drgnęły? Dźwięki zamieniają się w muzykę, w welon zapachu … ja znam tą materię, tyle razy mięłam ją pod palcami. Tyle razy składałam te słowa w ten jeden idealny obrazek, w ten pokój, w ten wieczór. Jeden. Tysiąc. Muskałam go palcami, smakowałam językiem. Powoli, delikatnie mościłam posłanie, w którym kładłam się spać wcześnie. Shalimar potwierdza, że lubię wanilię. Wiem, że tu występuje z piżmem i nie wiem, czy je też wyczuwam, wiem tylko, że jeśli jest w składzie perfum istnieje wielka szansa, że je pokocham. Wyraźnie z wanilią czuję cytrusy, na początku myślałam, że są przełamane pieprzem ale pewnie to kadzidło, które mylnie nazwałam. I tu niestety albo stety na myśl przychodzi mi proustowska magdalenka, ponieważ zapach kojarzy mi się z miękkim puszystym ciasteczkiem, smakowanym o poranku. Tym samym, które zabiera nas w podróż, z tym, że ja jadę na gapę, w nie swoim pociągu, w nie swojej historii. Kiedy Makine pisze o swojej babce, Charlotte, która podczas wakacji opowiadała swoim wnuczkom historię Rosji i Francji, czuję Shalimar. Charlotte bez wątpienia nie jest pomarszczoną babuszką przy piecu kruszącą chleb, by włożyć go do bezzębnych ust. Charlotte to babcia z klasą, dystyngowana, rzeczowa i małomówna, ale która pod wielowarstwowymi sukniami skrywa wiele ciepła z tamtych dni. Tych pięknych i tych trudnych, których ciężar zna tylko ona. Shalimar to tajemnica cierpienia, o którym się nie mówi, ale które widać w drżeniu warg, ruchu rąk, w chodzie. Kiedy pachnę Shalimarem, widzę siebie jak siedzę u stóp Charlotty i słucham jej opowieści. Owijają mnie, przenikają. Czuję ciepło tamtych dni, ich zatartą już szorstkość. I miękkość czasu, który je otulił, złagodził, oddalił. I widzę też siebie, jak stąpam ostrożnie na granicy jawy i snu, kiedy wszystko się przeplata a świat wydaje się tak rzeczywiście nierealny albo nierealnie rzeczywisty. A ja jeszcze nie jestem tam ale już nie tutaj i to pomiędzy jest moim właściwym miejscem. Tym w czasie, który rozwija mi dywan, ale droga, którą wyznaczył to nie do mojego domu prowadzi. Nie należę do rodziny Charlotty, nie jestem też Proustem, ta podróż mnie nie dotyczy, ale jakoś nie spieszę się, żeby wysiąść.

fot: Anna Wołoch

Reklamy