LC · lit. polska · recenzje

Nieważkość – J Fiedorczuk

niewazkoscCzłowiek to kruche stworzenie. I wcale nie chodzi mi o to, że się ugina pod byle ciężarem i byle podmuch wiatru go łamie. Ale potrzeba tak niewiele, żeby ta doskonale śmigająca taśma wewnątrz ciała zaczęła się rwać, zacinać i szwankować. Myślę sobie czasem, czy ta śrubka co wypada, czy to pękniecie, które następuje pod wpływem niespodziewanego ciosu, jest wpisane w nasz los, czy po prostu nadziewamy się na to zdarzenie przypadkiem, bez planu i odtąd życie nasze zaczyna się niejako od nowa. Albo kładzie się na ziemię i już tam zostaje, albo się zacina i niby jest, a jednak go nie ma. Nie mam pojęcia, jak to jest, choć podczas lektury „Nieważkości” J. Fiedorczuk przyszedł mi do głowy Zola ze swoją teorią uwarunkowań m in. społecznych i historycznych. Jesteśmy częścią pewnych miejsc, pewnej warstwy społeczeństwa, należymy do jakiejś przestrzeni czasowej i możemy próbować coś z tym zrobić, ale w sumie na niewiele to się zda. (Nie podzielam tej opinii). Zuzanna jako ta z lepszego, inteligenckiego domu, zaszła najdalej. Praca w agencji reklamowej, dobre pieniądze, obcowanie ze sztuką. Helena w zasadzie powtórzyła los matki: praca (fizyczna), dom, rodzina. Ewa też nie poszła dalej niż jej rodzicielka (aczkolwiek nie dopatrzyłam się w niej żadnego mistycyzmu, wbrew zapowiedziom). Wszystko się zgadza, ale też i nie do końca, bo wszystkie bohaterki łączy coś w rodzaju zawieszenia. Wszystkie trzy żyją gdzieś pomiędzy. Nie do końca na ziemi i też nie do końca w swojej głowie; jakby się nie mogły zdecydować, jakby wiedziały, czego chcą i miały świadomość, że nie powinny. Rzeczywistość jest punktowa, dni są listą do odhaczenia na papierze. Wszystko jest do zrobienia i zapomnienia, najważniejsza jest ucieczka. A wszystko przez jedną śrubkę, która wypadła z dziecięcego świata. I może nie chodzi o to, że trudno wyjść z własnego środowiska, ale że pęknięcie, którego doświadczamy, zmienia naszą perspektywę widzenia świata i naszego w nim miejsca.

Olga Tokarczuk wspomniała, że to książka o ciągłym dojrzewaniu. Nie pomyślałam o niej w ten sposób, bo według mnie tutaj istotą sprawy nie było wkraczanie w dorosłość, ale człowieczeństwo. To kruche, niepewne, to, które upada, klęka, czasem się podnosi, ale tylko pozornie, a czasem zamyka jakieś drzwi do życia, bo jedna krzywda to już za wiele, na kolejne może zabraknąć oddechu. Doszukuję się jakiegoś szerszego kontekstu i myślę, że wiek nie ma nic do rzeczy. Ale. Ale w przypadku naszych bohaterek cios przyszedł dość wcześnie i owszem, miał wpływ na dojrzewanie. Więc może Olga Tokarczuk ma jednak rację? Może mamy ją obie?

Proza Fiedorczuk nie jest idealna, momentami wydała mi się chropowata, sztuczna. Nierówna. Schemat przeplata się tu z poezją. Czasem zgrzyta sztampa i banał, ale zaraz potem o nim zapominamy, dając się uwieść metaforom. Może autorka wahała się podobnie jak jej bohaterki między tym, co ją pociągało a tym, co uważała, że powinno być?

Natomiast bardzo podobał mi się klimat i kierunek, który został obrany. Myślę sobie, że Julia Fiedorczuk ma wszelkie atuty, by przed czytelnikami otworzyć na oścież drzwi do swojego postrzegania świata. A on jest wart poznania.

Recenzja ukazała się na portalu www.lubimyczytac.pl

lc_logo

Advertisements