LC · lit. francuska · Nobel

Zagubiona dzielnica – P. Modiano

zagubiona dzielnicaWchodzę nocą do mego miasta, schodzę do mego miasta,
gdzie czekają na mnie lub mnie unikają, skąd muszę uciekać
przed jakimś okropnym spotkaniem, przed czymś, co nie ma imienia,
przed spotkaniem z palcami, z kawałkiem ciała w szafie

(…)*

Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie ten fragment (w oryginale o wiele dłuższy – polecam), podczas lektury 62. model do składania Cortazara. Mam wrażenie, że to wówczas odkryłam miasto i swoją przynależność do niego. Bo jeśli mam wybierać bezkresy pól, równiny i wyżyny, to wybiorę tętniące ulice, głośne rozmowy tramwajów i mokre chodniki. Moje prawo. I chociaż może wciąż szukam swojego miasta i nie mam pewności, czy je znajdę, to przynajmniej znajduję odpoczynek w chłodnych murach, przybrudzonych szybach wystaw czy w zaniedbanych bramach. Dobrze o tym wiedzieć.

Kolejne wspaniałe odkrycie miast to oczywiście Italo Calvino i jego Niewidzialne miasta, równie bliskie, co te od Cortazara, równie rzeczywiste, co moje własne.

Spodziewałam się, że „Zagubiona dzielnica” Modiano przyniesie kolejne spojrzenie na mnie samą, na moje miejsce. I w zasadzie nie pomyliłam się. Nie wiem jak Wy, ale często w książkach szukam siebie albo jakiejś swojej wersji, albo odmiany, albo też siebie, jaką nigdy nie będę, choć mogłabym. Nierzadko znajduję. Nie zawsze jest to coś namacalnego, jakiś dowód mojego istnienia. Czasem jest to fotel, na którym siadam, droga, którą szłam, zdania, które przyszły mi do głowy, tylko nic z nimi nie zrobiłam, czasem niepokój albo radość. U Modiano odnajdywałam się w dwójnasób, ponieważ wróciłam z nim do miejsc, które dobrze znam, w których byłam, żyłam, które też w sobie noszę, podobnie jak bohater. Ale odnalazłam też jakiś klucz do drzwi, które dziś otwieram, nawet pęk kluczy, z których nie każdy ma w tej chwili zastosowanie. Ale na pewno kiedyś mi się przyda. Fabuła nie wydaje się skomplikowana i myślę, że jest tylko pretekstem do dalszych rozważań. Pewien pisarz wraca do swojego miasta, a właściwie do przeszłości, i próbuje się przyjrzeć wybranym chwilom raz jeszcze, dokładniej. Nie wiem, czy inni czytelnicy mają podobne obserwacje, ale ja zauważyłam, że wiele z zagubionych chwil kryje się w dawnych mieszkaniach, w witrynach sklepowych, gdzieś pod stołem w jednej z kawiarni. Że w tych miejscach wciąż jeszcze pobrzmiewa echo dawnego życia. Echo, bo głos wciąż jest w nas. Może ugrzązł gdzieś w gardle na dłużej, ale to tylko pozory. Jakąś część siebie zostawiliśmy (albo raczej próbowaliśmy), ale część została w nas i obie te części się przyciągają i warto im pozwolić na połączenie, choćby po to, żeby zrozumieć przyczynę tego przymusu powrotu, tej konieczności pozbierania okruchów po sobie, żeby uzupełnić braki, które bezskutecznie próbujemy napełnić nowymi chwilami, nowymi wyzwaniami. Bo niekiedy puste miejsca w nas można uzupełnić tylko tym, co było, a co bardzo chcielibyśmy zostawić gdzieś pod drzewem. Tylko czasem żeby pójść dalej, trzeba unieść wszystko, żeby nie czuć konieczności nieustannego zawracania.

*62. model do składania – Julio Cortazar

Recenzja ukazała się na portalu www.lubimyczytac.pl

Papierowy aktP.S. Teraz czas poczytać w oryginale …

Reklamy