lit. izraelska

kto pokochał choćby błądził bezdrożami nieczułości będzie ocalony – Życie miłosne Zeruya Shalev

Zycie-milosne_Zeruya-Shalev,images_product,31,83-7414-043-7Ta książka jednak trafiła we właściwy czas. W pewnym sensie była dla mnie testem, bo to rodzaj literatury, w której wystawiam wszystkie czułki na wierzch a potem, zdanie po zdaniu, po nich obrywam ale wiem, że muszę dotrwać do końca, bo albo wierzę w jakieś bandaże po wszystkim, jakąś hospitalizację albo cudowną maść, która mnie z tego bólu wyleczy, albo wiem, że gdy skończę na kolanach albo nawet pełzając, podniosę się kimś innym, jakąś inną sobą, jakąś mną, na którą popatrzę z boku, co sprawi, że przez ułamek sekundy, który potrwa jakiś czas, będę widziała jasno i będę ROZUMIAŁA.

To jest właśnie taka książka.

Ale okazało się, że ktoś przypalił końcówki sznurka, który mnie scala i już się nie pruję. Okazało się, że wszystkie moje niteczki są na supełkach i nic się nawet nie poluzowuje. Okazało się, że jednak zamieszkałam w wilgotnej, zimnej wieży i patrzę na świat przez małe okienko i czego, nie widzę to sobie domyślę, a myśli moje są jak zbroja dzielnego rycerza i chronią mnie od najgorszego. Przetrwałam. Ale nie zwyciężyłam. Czuję się wręcz przegrania.

Kiedy czytałam, chciałam krzyczeć do tych wszystkich, którzy książkę oceniają źle, że albo nigdy nie kochali albo właśnie kochali tak samo i teraz się tego wstydzą, że dali się prowadzać na takiej smyczy, że byli gotowi, że biegali tylko jedną ścieżką ślepi na mapy świata, bo ta jedna ścieżka była im całym światem a reszta mogła się nie liczyć. Ale chyba nie mam racji. Może są ludzie urodzeni w zbrojach odporni na wiatry. Może są ludzie, którzy cenią sobie coś innego ponad miłość albo nie dane im było sprawdzić, zrozumieć, że miłość jest najważniejsza, bo kto pokochał choćby błądził bezdrożami nieczułości, będzie ocalony* … i przypomina mi się Solaris, Piąty element czy Niebieski. A może jest tysiąc innych powodów, których ja nie rozumiem, które mi nie przychodzą do głowy. Może to ja jestem głupia, że pozwalam się tak więzić w jednej myśli, w jednym kolorze ubrań, który wkładam co dnia od nowa, bo istnieje tylko jeden mały, ciasny świat, w którym pragnę zamieszkać i pobiję każdego, kto będzie mi stawał na drodze. Może to bardzo głupie tak zgadzać się na sponiewieranie tylko po to, żeby zaskoczył mały trybik w wielkiej maszynie – moim ciele, która nota bene stanie na dłuższy czas, bo nie będę chciała popchnąć palcem tego jednego elementu, zbyt zmęczona i obolała, a musiałabym przecież ruszyć od nowa, wstać, postawić najpierw jedną stopę na ziem a potem drugą i coraz szybciej i szybciej aż po kilku latach przestanę oglądać się za siebie, a ja nie chcę niczego zostawiać za sobą, bo zawsze mam nadzieję. Może to głupie próbować zrozumieć pewne rzeczy poprzez siebie, pozwolić sobie być filtrem, przez który nagle zamiast spokojnej rzeki przeleje się cały ocean. Może są prostsze osoby. Może da się oszczędzać odświętne ubranie, zamiast chodzić w nim codziennie a potem prać, aż przestaje być odświętne za to świetnie przylega do ciała ale nie jest już nieskazitelne, nie mów nie dotykaj, jestem wyjątkowe ale ja nie umiem oszczędzać, nawet odświętnych ubrań, bo zawsze się boję, że jutro będzie na mnie za małe, że spotkam kogoś i nie będę miała świątecznego stroju na sobie i ten ktoś na mnie nie spojrzy, albo spojrzy nie tak i wszystko przepadnie. A ja lubię być gotowa. Mimo wszystko.

* domyślam się że to teks Kydryńskiego bo na jednej z płyt śpiewa go AM Jopek – Kołysanka Rosemary

 

Advertisements