lit. francuska

nazbierało się – będzie długo i bez obrazków

Ostatnio, w oczekiwaniu na kolejkę (WKD) zajrzałam, jak często to robię, do księgarni Matras. Zaglądam jeszcze regularnie do Hebe, ale nie lubię za bardzo, bo tam zawsze zostawię większą kasę. No a w Matrasie, oprócz drogich nowości, przecenione różnorakie książki w tym te októrychmałoktowie. Czyli taka literatura, co może niewiele wnosi, niewiele znaczy ale jest (czasem przyjemna). Chciałam napisać, że ostatnio jestem w takim momencie, że potrzebuję właśnie takiej niezobowiązującej literatury ale myślę, że to jednak byłoby kłamstwo. Ja raczej obrałam ster na taką literaturę i boje się sięgać po cokolwiek innego. Dziś rano np. po skończeniu kolejnej książki zapragnęłam czegoś pióra H. James’a. Nie żeby był niepoważny, ale jego historie są dla mnie tak odległe, że choć poruszają, to pozostaję w równowadze do końca lektury. I potem też jest dobrze. No ale wszystkie James’y, które mam w domu już przeczytałam a jakże tu kupować nową, kiedy w kolejce ponad 300 książek? Ale wiadomo jak babę najdzie to nie popuści więc pewnie za niedługo z czymś do domu przylecę.

Pomyślałam jeszcze o Zweigu, choć to mocniejszy kaliber a „Dziewczyna z poczty” no cóż, nie będę o niej pisać, bo za dużo powiedziałabym o sobie. Ale Zweiga też nic nie mam nieczytanego. Ja wiem, że James i Zweig to zupełnie inna parafia, ale kurcze, jak czytam jednego czy drugiego, to jakbym się otulała ciuchami z materiałów najwyższego gatunku. Mimo tego, co potrafię w tych książkach znaleźć (bolesnego) w czytanych słowach jest takie zapierające dech, oszlifowane piękno i ono się tak mieni …wymiękam. To jest jak picie najlepszej herbaty w najlepszej chińskiej porcelanie. Nie da się tego opisać.

No dobra ale revenons à nos moutons. No więc wtedy w Matrasie kupiłam za niecałe 12 zeta „Nic nie oprze się nocy”. Nie za bardzo będę się rozwodzić ale Wam powiem, że historia przypomina Festen (oglądaliście? Ja ostatnio oglądnęłam też Polowanie, nie tak mocne jak Festen, na szczęście ale mocne i tak). Ale nie tak od razu doszłam do takiego wniosku choć może był oczywisty. No w każdym razie mimo ciężaru słów, czytało się błyskawicznie. Natychmiast zrobiłam resercz i zamówiłam kolejne książki autorki („Ukryte godziny” – bardziej pasuje podziemne – są słabe jednak i nie mam tu absolutnie na myśli przedstawionego problemu, a historię Mathilde, no cóż jakby znam, ale spodziewałam się czegoś jednak głębszego. Przynajmniej jakiejś głębi pozostawionej czytelnikowi, do której może wskoczyć po lekturze i poszukać choćby wodorostów. „No i ja” mam jeszcze przed sobą natomiast „Jours sans faim” chyba u nas nie ma a w sumie interesowałyby mnie najbardziej). Poszukałam też książek, o których mówiła de Vigan. Jedną z nich jest pożądana przeze mnie „Le chagrin” – Duroya. Drugą było „Kazirodztwo” Angot, to akurat miałam na półkach. Zupełnie inna historia inny styl narracji inne widzenie świata… i …

…sama nie wiem ale jakoś nie urzekła mnie ta historia, nie mówiąc już o tym, że w dwie części w ogóle nie mogłam uwierzyć. I nie chodzi mi o jakieś społeczne tabu (homoseksualizm i szaleństwo) ale o to, że nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to wszystko zostało wymyślone na potrzeby tematu (chwytliwego). Mam wrażenie, że autorka się sama wkręca (na siłę?) i próbuje wkręcić nas. Nic nie było dla mnie wiarygodne. I nawet jeśli to lizanie, te wszystkie dziurki, palce, telefony i język były obrzydliwe i surowe to nie w sposób, który by zniesmaczał estetycznie ale raczej obrażał intelektualnie. ( Nie żebym jakaś szczególnie inteligentna była). To była po prostu jakaś dziecinada. Przez trzy czwarte książki próbowałam zrozumieć Angot. Ok, każdy po swojemu przeżywa swoje dramaty ( choć nie wszyscy muszą o tym wiedzieć a już na pewno nie wszyscy współuczestniczyć). Tu mamy „dramat ” co prawda nie dramat, surowy, na żywo, bez obróbki. Uczestniczymy czy chcemy czy nie w jakimś spektaklu bez puenty. Mnóstwo słów, które nakręcają kolejne, mnóstwo powtórzeń, które niby coś mają wzmocnić a są tylko bezsensownym bełkotem, który z ulgą omijamy. Znów słowa, wykrzyczane ale bez siły przekazu, trzaskanie słuchawką, kłótnie na poziomie infantylnych nastolatek, w których nie chciałam brać udziału, a które mnie szalenie zmęczyły. No wiec dobra, może ja inaczej przeżywam rozpacz, rozstanie, może mi się wydaje, że szaleństwo to nie jest odcinek z punktu A do punktu B tylko jakaś mgła raczej, która się przemieszcza i którą nie sposób złapać. Może rozpacz wg mnie może być konstruktywna po pewnym czasie, może z tych włosów co rwę i jęków, które wydaje da się coś ulepić. Nawet brzydkiego ale to będzie coś, co da się pooglądać po czasie, choćby po to, by móc potem coś o sobie powiedzieć. No ale może ktoś myśli inaczej no i dobrze jego zbójeckie prawo. Pozostaje mi tylko pytanie, co z tego wynika? Co wynika z tych zdań w tej książce, konkretniej? No wg mnie absolutnie nic. Czuję się zupełnie tak, jakby mi ktoś opisał miejscowy landszafcik na sprzedaż. Nic się nigdzie nie czai nawet jeśli pozornie się dzieje. Na nic nie czekam, niczego się nie spodziewam, niczego nie wyniosę.
Jedynie ostatnia część, ta dotycząca kazirodztwa, była „do przyjęcia”. Temat mocny, dla mnie najmocniejszy z wszystkich trzech, można się czepiać stylu, doboru słów, narracji ale tej części nie można odmówić ani emocji (w porównaniu do wcześniejszych „emocji”) ani prawdy.
Rimbaud kiedyś podobno powiedział, że chciałby być każdym, żeby wszystkiego doświadczyć na własnej skórze. Udało mu się to przekuć na literaturę i w efekcie dostaliśmy pejzaż u kresu drogi, którą możemy sobie prześledzić, wyobrazić ( choć nie bez trudu). Można macać jego wersy i odkrywać zmęczone ręce rzeźbiarza i uderzenia dłutem. Coś się kryje za słowami, coś więcej niż same dźwięki.
U Angot to mamy raczej zbiór jakichś narzędzi, z którymi nie do końca wiadomo co począć. Jakby autorka bezmyślnie machała pędzlem, próbując udawać Picassa. Problem w tym, że jakkolwiek dzieła Picassa mogą się nie wydawać oczywiste, na pewno nie są bezmyślne. I co więcej można o nich dyskutować, co w przypadku książki Angot jest raczej trudne.

Na szczęście chyba nic więcej Angot nie przetłumaczyli a w oryginale jest za drogo i nie będę pragnąć. Za to „Chagrin” chcę bardzo i muszę chyba uderzyć do Marianny czy mi nie ściągną albo ściągnąć sobie samodzielnie przez ebay. Będzie numer jak mi się nie spodoba:-)

Dziś rano pamiętając o swoim chciejstwie na książki a la James długo wybierałam coś z półek doprzeczytanianatychmiast i nic mi nie pasowało. Jestem w innym domu niż moje półki. Prawie spóźniłam się na pociąg ale złapałam Zeruye Shalev („Życie miłosne”). Nie wiem czy jestem zadowolona, bo na tę książkę trzeba mieć odpowiedni czas a ja jestem w stanie zawieszenia. Na moście między książkami. I nie stać mnie na dotykanie cudzych terytoriów. Wolę poczytać o tym, czego już nie ma pod nogami.

Ale się rozpisałam, nie cierpię takich długich wpisów, bo brak mi cierpliwości, żeby doczytać je do końca … Was też z tego zwalniam, w końcu najbardziej piszemy dla siebie:-)

Reklamy