lit. polska · plotki · recenzje

Literaci w przedwojennej Polsce. Pasje, nałogi, romanse – Remigiusz Piotrowski

literaci_w_przedwojennej_polsce_pasje__nalogi__romanse_IMAGE1_327113_3Do tego typu książek nie trzeba mnie zachęcać. Co więcej, nie zniechęcają mnie nawet przesadnie entuzjastyczne przechwałki na okładkach. Wyrzucam sobie jednak, że tytuł i moje oczekiwania (co do których spełnienia byłam pewna) uśpiły moją czujność i nie zareagowałam odpowiednio na zdanie: Pasjonująca opowieść o największych twórcach… Może jeszcze określenie „pasjonująca” to rzecz gustu, ale pudełko „opowieść” ma już swój określony format i wymiary.

Może jestem starą, czepliwą i sfrustrowaną zrzędą i nie doceniam młodszych absolwentów filologii polskiej, którzy pieczołowicie przebrnęli przez bibliografię swoich studiów i z dostępnego księgozbioru wyłowili co bardziej kontrowersyjne i chwytliwe fragmenty, zebrali je tematycznie, oprawili w okładkę i czym prędzej wydali. Może. A może to jest po prostu słabe? Albowiem w efekcie dostajemy coś na kształt encyklopedii albo raczej skrzyżowania encyklopedii z Pudelkiem, tylko że z tamtych czasów. Tekst się nie snuje, jest pourywany i jedyne, co łączy jeden fragment z drugim, to temat (np. kawiarni, romansów czy czego tam jeszcze). Doprawdy – czułam się, jakbym czytała Pudelka (wiem, co mówię, Pudelka czytuję). Być może chwała autorowi za to, że podjął temat od jeszcze innej strony, ale nie do końca jestem przekonana, czy to było potrzebne. Nadmiar anegdot, przypadków i krótkich historyjek pozbawionych kontekstu umyka niezwykle szybko. Wiele z przytaczanych opowieści już znałam (widać sięgałam do tych samych źródeł, co autor, choć nie jestem polonistą z wykształcenia), a te, których nie znałam, umknęły mi zaraz po przeczytaniu. Być może (ufam w swej naiwności, że tak będzie) znajdzie się wśród czytelników ktoś, kogo oczaruje postać Tuwima, Lechonia czy Gombrowicza na tyle, by sięgnąć do ich dorobku i biografii. Mnie Polska międzywojenna nie oczarowała skandalami, animozjami czy orientacją seksualną, tylko swoją jakością i nie szukałam w niej taniej sensacji. Pewnie dlatego też rozczarowałam się okrutnie.

Na koniec jeszcze jedna kropla, która przepełniła moją czarę goryczy. Projekt wnętrza książki to jakiś koszmar! Fajnie, że są zdjęcia, ale dlaczego, żeby odczytać podpis, muszę obrócić sporą i ciężką książkę o 90°? Ale niech będzie, może się nie dało inaczej (wątpię), a ja wylewam frustrację. Za to zupełnie nie rozumiem, dlaczego każdy (KAŻDY!) akapit zaczyna się wersalikiem, do tego podkreślonym? Przecież to dodatkowo szatkuje tekst, utrudnia lekturę i podkreśla charakter encyklopedyczny książki! Jakby tych „smaczków” było mało, co jakiś czas w połowie strony znajdujemy jakieś zdanie wyrwane z tekstu, zabarwione na czerwono i powiększone do słusznych (!) rozmiarów? Czy to książka dla licealistów, którzy muszą spamiętać definicje z ramek? Po co znów rozpraszać czytelnika, skoro ma to być opowieść?

Żal. Po prostu jest mi żal. Bo to mogła być fajna, ciepła historia o bardzo trudnych, ale bardzo ciekawych czasach i o wybitnych ludziach. Szczególnie, że mistrzowsko zrobiła to Monika Śliwińska w Muzach Młodej Polski. Dostaliśmy niestety zlepek wycinków z przeglądu biografii studenckiej w kiepskiej oprawie.

A mogło być tak pięknie…

Recenzja ukazała się na portalu lc_logo

Reklamy