recenzje

Rachel Cusk – Życie na wsi i reszta

Bo każda kobieta ma wiele twarzy. Pamiętam taki slogan reklamowy, bo rzecz tyczyła kosmetyków a ja byłam już w wieku, w którym moje rówieśniczki okazywały żywe zainteresowanie nakładaniem wszelakiej maści masek kolorowych na twarz. Ja też okazywałam, bo wierzyłam naiwnie, że jak się pokoloruję, będę ładniejsza. Wtedy jeszcze tego nie umiałam więc miesiącami trenowałam w domu, teraz nie umiem trochę mniej, ale rozczarowanie po malowaniu zawsze jest takie samo jak wówczas, gdy próbę podjęłam po raz pierwszy. Nie zamieniam się w księżniczkę.

Tak sobie tutaj dywaguję niepochlebnie na tematy błahe, pozornie niezwiązane z lekturą, no bo przecież wiadomo rasowa czytelniczka gardzi makijażem, strojami i wszystkim, co powierzchowne. No właśnie rasowa, a ja jestem mieszaniec i lubię wszystko.

Ale w zasadzie nie o moją twarz mi chodzi, choć wierzę, że różni ludzie znają różne jej oblicza i udaje mi się w ten sposób siać zamęt, bo potrafię sobie wyobrazić siebie w roli Ranta, o którym każdy mówi coś diametralnie innego, będąc przekonanym, że tylko on jeden zna prawdę. Niestety nie stworzył mnie Palahniuk, kreuję się sama i skutki jakie są, każdy widzi. No dobra. Ale mi chodzi tak właściwie o Rachel Cusk.

Myślałam, że ją powieszę i poćwiartuję podczas lektury Pracy na całe życie i musiałam sporo czasu odczekać zanim serce zaczęło bić w tempie umiarkowanym, dostosowanym do otoczenia. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Cusk razem z dzieckiem wydała na świat również swój mózg i na nowo uczy się z niego korzystać. Nie jednoczyłam się z nią w empatycznym bólu. Byłam na chwilę tą matką z piaskownicy, która zna wszystkich lekarzy pediatrów w okolicy i wszystkie możliwe rodzaje alergii dziecięcej. Trochę mnie dziwiła ta moja agresja, bo sama nie tak dawno byłam świeżą matką z kąta placu zabaw, nie cierpiałam tych pogaduszek sfokusowanych na markach obuwia, kocykach, pieluszkach i cenach najlepszych lekarzy najlepiej nie w naszej okolicy. Nie znosiłam poradników dla przyszłych i młodych matek, tak jak nie lubię książek, w których autor uważa, że jest mądrzejszy od czytelnika. Każdego. Albo, że „szkoły pójdą”. Może mój pokój pt. inteligencja nie jest jakoś szczególnie bogato umeblowany, nie rzadko również bystrość mojego umysłu mącą jakieś fusy rozmarzenia a moje włosy niejednokrotnie czerwienią się ze wstydu na przysłowiowy blond. Więc skąd tyle pogardy od jednej wykolejonej nieco matki dla drugiej wykolejonej trochę bardziej? Może to kwestia tego, że nie znosimy u innych cech, które sami posiadamy?

No nie wiem, nie jestem przekonana. Bo mimo że oddałam szacunek Cusk ( i nadal go podtrzymuje), bo ja bym się nie zdobyła na odwagę i nie obnażyła tak bezlitośnie przed czytelnikiem a właściwie najgorszym jego odłamem, świeżo upieczoną matką. Nie przyznałabym się chyba do niewiedzy, kiedy już odkryłabym, jak wstydliwa ona była. Poza tym Cusk trudno odmówić błyskotliwego języka ( ja go tak postrzegam). Uwielbiam te jej barokowe porównania, futurystyczne skojarzenia przyprószone subtelnym dowcipem a raczej autoironią. Gdzieś tu jest klucz pewnie do tej powieści, w tej ironii, ( a może tylko staram się ją wytłumaczyć – nie… nie sądzę), którą czytałam zbyt dosłownie.

Nie minęły jednak dwa tygodnie jak rzuciłam się wygłodniała na Życie na wsi. Spodziewałam się czegoś bardziej w rodzaju Ostatniej wieczerzy niż Wariacji na temat Rodziny Bradshaw. A tu nie dostałam ani jednego ani drugiego, co wywindowało Panią Cusk o kilka oczek wyżej na mojej liście ulubionych autorów. Bo język językiem, ale klimat, każdej z przeczytanych przeze mnie książek jest inny.

zycie-na-wsi-b-iext25235461Życie na wsi to podobno pastisz konwencji wiktoriańskiej. Piszę podobno, bo z powieści wiktoriańskiej znam chyba tylko Jane Eyre i faktycznie trudno nie znaleźć podobieństw a raczej przeciwieństw ( ale na szerzej zakrojone porównania się nie zdecyduję). Jane była dzielna, inteligentna, błyskotliwa, poukładana i szczera. Kiedy postawiła pierwszy krok, w którymkolwiek nie byłoby to kierunku, niemal natychmiast znaliśmy jej cel i mogliśmy być pewni, że do niego dotrze (mimo przeciwności losu)i jeszcze po drodze wyszlachetnieje ( jeśli to możliwe). Jane w kilka miesięcy (nie wiem czy dobrze pamiętam ale to były jakieś 3-4 m-ce) potrafiła nauczyć się biegle obcego języka ( chyba niemieckiego), jednocześnie haftując, szyjąc, prowadząc niezwykle błyskotliwe konwersacje na wzniosłe tematy i zaczytując się w dziełach uznanych autorów. No można w siebie zwątpić. Ale ja nie zwątpiłam, mimo że języka obcego uczyłam się ładnych parę lat, nigdy nie dokończyłam wielkiego przedsięwzięcia jakim był obrus na 10 osobowy stół, wyszywany krzyżykami, moje swetry miały nierówne rękawy ( ale z dumą je nosiłam) a gdyby tak odwrócić szyte przeze mnie sukienki na lewą strone, nie dało się nadążyć wzrokiem za ściegiem, taki był poplątany. Jane to był taki Kopciuszek dla dorastających panien, a ja mimo iż nadal marzę o pozostaniu księżniczką, czuję jak kolejne lata i kilogramy przytwierdzają mnie do ziemi a marzenie o księżniczce stało się takim latawcem na niebie, od którego musiałam puścić sznurek, bo już bolały mnie ręce.

Stella jest jak Jane z drugiej strony lustra. Życie na wsi się połyka, bo jak Stella się budzi to nie wiadomo ile wsi zdemoluje przed zmierzchem. I choć trzymałam za nią kciuki przez wszystkie opisywane dni jej pobytu ( 5?,6?), to już po pierwszym wiedziałam, że szkoda mięśni w dłoniach. Stella jest błyskotliwa ale to nie jej inteligencja jej sprzyja w walce z pechem czy raczej trudnościami przystosowania się do odmiennych warunków ( a wręcz jej sposób rozumowania te kłopoty na nią ściąga). Stelli sprzyja los, nieoczekiwane zbiegi okoliczności, z których wychodzi ze szwankiem, potargana i z podrapanymi nogami, ale nadal trzymając głową wysoko i nie wątpiąc w własną wartość.

Bo każda kobieta ma wiele twarzy. I podczas lektury ,nie raz odkrywałam w Stelli swoją twarz czy raczej w mojej twarzy odnajdywałam Stellę. I pal licho zabawę konwencjami i te wszystkie krytycznoliterackie ę ą pierdą, które unoszą Cusk na listach bestsellerów ( nawet nie wiem, czy jej nazwisko tam jest). Życie na wsi to po prostu dobra zabawa na kilka godzin, inteligentne oderwanie od rzeczywistości problemów jak dotrwać do pierwszego i w co się ubrać. To jest dokładnie ten rodzaj powieści jakiej poszukuję, nie rozgrzebujący moich ran, nie wzbudzający współczucia, ale jak butelka dobrego wina pocieszający po kolejnym zaoranym dniu. I co więcej w miarę picia, ani nie bełkocze ani nie obraża. Nic tylko biesiadować.

Reklamy

6 myśli na temat “Rachel Cusk – Życie na wsi i reszta

  1. moje wrażenia z lektury Cusk były podobne! tak samo spodziewałam się czegoś w stylu „Wariacji na temat rodziny Bradshaw”, czegoś ciężkiego i przygnębiającego, ale najwidoczniej Cusk podczas pisania pierwszych swoich książek posiadała jeszcze odrobinę optymizmu 😉 taka zabawa z powieścią wiktoriańską ma w Anglii długą tradycję, mnie „Życie na wsi” najbardziej kojarzyło się z „Cold Comfort Farm”, bardzo podobna, tylko napisana niemalże wiek wcześniej, gwarantuje równie udaną zabawę 🙂

  2. nie znam się zbytnio na powieści angielskiej, studiowałam francuską i w sumie też nie powiem, żebym się znała:-). Ale z pewnością jest w tym coś, o czym piszesz, bo Cusk zazwyczaj nie tryska humorem ani lekkością, aż nie mogłam uwierzyć, że to ona napisała! ( no dobra trochę mogłam bo jednak styl ją zdradza). Chciałabym bardzo przeczytać jej powieści sprzed macierzyństwa i liczę, że w końcu zostaną przełożone.

  3. poza tą, przed macierzyństwem, Cusk napisała tylko dwie (chyba, na 100% nie jestem pewna), z czego czytałam jedną, debiutancką Saving Agnes. była niezła, może nie aż tak zabawna, chociaż autorka przynajmniej wykazała się odrobiną wiary w drugiego człowieka 😉 do Życia na wsi jednak sporo jej brakuje.

    1. byłas blisko bo wydała 3:-) nie zebym wiedziała ale wikipedia tak mówi:-) Saving Agnes (1993)
      The Temporary (1995)
      The Country Life (1997) O Saving Agnes pisałaś bo czytałam u Ciebie, chodzi jeszcze za mną tez Arlington Park choć to nie będzie chyba lekkie, ale nie ukrywam, że takich żyć na wsi mogłaby więcej napisać ;-), bo dobry relaks jest w cenie a w książkach jak jest lekko to albo od razu infantylnie albo koszmarnie napisane.

      1. no właśnie The Country Life to Życie na wsi, czyli poza tą książką wydała dwie 😉 The Temporary nie czytałam, ale jest na półce, więc prędzej czy później sięgnę.
        Arlington Park czytałam, przypomina nieco Wariacje… ale mnie się bardzo podobała. Cusk się zwierzała w jakimś wywiadzie, że jej córki teraz zaczynają coraz bardziej żyć swoim życiem, w związku z czym ona powoli ‚odzyskuje’ swoje, więc kto wie, może odzyska radość życia i coś lekkiego jeszcze napisze 😉
        nie wiem czy Stella Gibbons jest przetłumaczona na polski, jeśli tak, to polecam!

        1. tak! nie zauważayłam tego „poza tą”:-)))) wszystko się zgadza.
          Liczę, że Cusk wróci do pisania, bo zostałam jej ogromną fanką. A Gibbons już sprawdzałam i po polsku nie ma. Zaświtało mi, że może by bo francusku spróbować ale jakoś mnie to nie przekonuje:-)

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s