LC · lit amerykańska · lubimyczytac · recenzje

Dwudzieste siódme miasto – J Franzen

dwudzieste-siodme-miasto-b-iext24956141Po lekturze „Korekt” Franzena, czułam się trochę jak po wizycie z agentem nieruchomości w jednym z domów przedstawionych w ofercie. Agent-autor oprowadzał nas po pomieszczeniach, pokazywał ich wyjątkowość i funkcjonalność, jakieś wady i jakieś zalety, w zasadzie widoczne na pierwszy rzut oka, a potem powiedział: to ja teraz państwa zostawiam, proszę się rozejrzeć. I wyszedł. Zaczęłam się rozglądać. Po szafkach, szufladach i zakamarkach, żeby na koniec zejść do piwnicy i tam dotrzeć do sedna. Zanim wyszłam z domu, wiedziałam już, że jeśli się zdecyduję na transakcję, to nie kupuję domu ale Dom. I całe życie.

Ale „Dwudzieste siódme miasto” to nie do końca ten sam Jonathan Franzen. Można łatwo wyczuć, że to jego pierwsza powieść, że jeszcze szuka złotego środka. W podobny sposób jaki znamy z „Korekt” ( i być może też z „Wolności” – jeszcze nie przeczytałam) nie szczędzi nam bardzo detalicznych, mozaikowych opisów, jednak tym razem jest jakby jednowymiarowo. Bez warstw. Owszem, jezioro znów jest rozległe ale za to niezbyt głębokie.

Do połowy mniej więcej, dałam się wciągnąć. Autor miał kredyt zaufania, więc trochę bezrefleksyjnie brnęłam w ciemno. Ale potem przyszło olśnienie, że przecież to Franzen a to wszystko jest, kurde, jakieś takie, nie wiem, naiwne. Niewiarygodne. Jeszcze się łudziłam, że autor wyciągnie asa z rękawa i wszystkie klocki wskoczą na miejsce a ja padnę z zachwytu nad jego inteligencją, ale nic takiego się niestety nie stało. Mało przekonująca historia z niedopracowaną i nieco płaską jeszcze charakterystyką postaci, owszem może wciągnąć, ale nie da się jej postawić wyżej, niż między półkami z filmami klasy ‘b’ lub ‘c’. Bo ta powieść, owszem, jest bardzo filmowa, sensacyjna wręcz. Osobiście wolałabym jednak, żeby autor zamiast na intrydze politycznej, skupił się na dramacie głównych postaci. Przypuszczam, że wówczas, przy jego talencie, mogłabym po lekturze zbierać szczęki z podłogi.

Nie bardzo mogę mówić o głównym wątku, żeby niczego nie zdradzić, bo kluczem jest akcja a nie relacje między postaciami albo ich wewnętrzne dramaty (a szkoda). W ogóle tych ludzi jest tam za dużo. Ja rozumiem, że to jest miasto, kiedyś nawet u szczytu sławy, a w opisywanym momencie jedynie na dwudziestej siódmej pozycji pod względem wielkości, ale żeby wyczuć klimat i pochodzić jego ulicami, nie muszę doprawdy znać wszystkich mieszkańców. To wręcz rozprasza.

I tych charakterów nazbyt amerykańskich, schematycznych trochę, też nie mogę odpuścić. Owszem, Barbara Probst (żona głównego bohatera) jest ciekawa, ale chyba jako jedyna mu się udała. A przecież taki potencjał był w Dżammu (głównej sprawczyni zamieszania), albo w córce Barbary, Luisie. Franzen ma pomysły na kobiety. Tu widać dopiero kiełkowały.

Ale nie ma co rozpaczać. Książka ma ponad 550 stron, a ja nie ślizgałam się po kartkach i bez zmuszania doczytałam do końca, więc dramatu wielkiego nie ma. Czasami, co prawda, przewracałam oczami, ale mimo wszystko byłam ciekawa, jak to wszystko się rozwiąże, jak się skończy. A poza tym, nie zapominajmy, że to pierwsza książka autora, miło jednak wiedzieć że się rozwinął i jest lepszy a nie na odwrót. I czekając na jego kolejne książki liczę, że zawsze „Dwudzieste siódme miasto” będzie tą najsłabszą.

Recenzja ukazała się na portalu www.lubimyczytac.pl

lc_logo

Reklamy

2 thoughts on “Dwudzieste siódme miasto – J Franzen

    1. słyszałam dużo dobrego o „Wolności”, niestety nieustannie wpada coś do recenzji i tak odkładam i odkładam lekturę …

Możliwość komentowania jest wyłączona.