Francja · LC · lit angielska · lubimyczytac · recenzje

Vive la France! – Julian Barnes, Coś do oclenia

cos-do-oclenia-b-iext25185518Myślę, że trudno mi będzie napisać cokolwiek odkrywczego zarówno o autorze, jak i o jego książce. „Coś do oclenia” Juliana Barnesa jest bowiem potwierdzeniem jakości i marki, jaką autor wyrobił sobie wśród czytelników. Nie myślcie sobie jednak, że nie znajdziecie w lekturze niczego nowego ani ciekawego, wręcz przeciwnie. Choć kultura frankofońska nie jest mi ani obca ani odległa, niejednokrotnie zakreślałam w książce nowe dla mnie rewelacje. To, co w pisaniu Barnesa się nie zmienia, to poziom, czyli erudycja, inteligencja i język. Rzadko spotyka się autora, który, mając tak ogromną wiedzę, traktuje czytelnika nawet nie jak dobrego inteligentnego słuchacza, ale wręcz jako interlokutora na co najmniej takim samym poziomie. Osobiście ubolewam nad tym, że do poziomu autora mi daleko (ale wszystko przede mną) i podczas czytania zdarzało mi się korzystać z Internetu, żeby doczytać lub odsłuchać to i owo. Muszę jednak przyznać, że rozmowa była niezwykle przyjemna i pouczająca, choć ograniczyłam się jedynie do potakiwania i unoszenia brwi ze zdziwienia.

Zdaję sobie jednak sprawę, że „Coś do oclenia” nie jest lekturą dla wszystkich. Bynajmniej nie dlatego, że nie wszyscy są w stanie nadążyć za autorem, ale głównie z tego powodu, że cała książka traktuje o kulturze francuskiej, a serwowane nam informacje nie należą do kategorii błahych ani rozrywkowych. Kiedy czytamy o piosence francuskiej, nie spodziewajmy się odgrzewanych rewelacji na temat Edith Piaf, Georges’a Brassensa czy Jacques’a Brela, który do tej pory przyprawia mnie o ciarki na plecach. Dostaniemy w zamian coś zupełnie innego;  intymnego, aczkolwiek pozbawionego cienia skandalu.

Brel miał romantyczne usposobienie i życie warte uwagi, które zaowocowało w pewnym momencie mnogością albumów płytowych. Brassensowi towarzyszyła reputacja nieokrzesańca, w towarzystwie był małomówny i powściągliwy, a swoje dzieło tworzył powoli, lecz uparcie przez ponad trzydzieści lat, z milczącą wytrwałością typową dla syna i wnuka kamieniarza. Był bardziej od Brela klasyczny pod względem stylu i bardziej literacki (próbował nawet pisać). Wyglądał i mówił jak mędrzec z górskiej wioski, ale w rzeczywistości nigdy nie mieszkał na wsi.

Barnes w swoim zbiorze felietonów nie serwuje nam sztampowej Francji z bagietką i camembertem na stole. Nawet gdy w treść wplata postaci-ikony, o których niemal każdy z nas mógł gdzieś poczytać, to tka zupełnie inny wzór. Odniosłam wrażenie, że oprócz nowych dla mnie odkryć, spojrzałam na znane mi już fakty (głównie dotyczące literatury) zupełnie z innej perspektywy. Zamiast owijania w bawełnę opowieści o sprawach kontrowersyjnych (powszechny doping w kolarstwie), Barnes raczy nas swoim oryginalnym stylem nasączonym sporą dawką inteligentnej ironii.

Skoro mowa o Francji i jej chyba najgorliwszym angielskim wielbicielu, w książce nie mogło zabraknąć wielkich pisarzy i oczywiście Flauberta. Ubolewam, że nie dostrzegam w Gustawie tych wszystkich zalet, które się wychwala zarówno na Sorbonie, jak i na polskich uczelniach. „Panią Bovary” przeczytałam nawet z przyjemnością, choć na kolana mnie nie powaliła. Na zajęciach z literatury, czy to nad Wisłą, czy nad Sekwaną opowiada się studentom o niesamowitym talencie i pracowitości Flauberta, przytaczając cytaty potwierdzające te kwieciste pochwały. Jednak na uczelniach Flaubert nie jest człowiekiem, jest pomnikiem z akapitów, nieco zastygłym, bardzo posągowym, przedstawianym niemal zawsze z tej samej perspektywy. Barnes przyprowadza do nas Flauberta człowieka, z jego dziwactwami, fobiami, tajemnicami. Może nie doznałam „efektu wow”, ale postanowiłam z nowo zdobytą wiedzą raz jeszcze przemierzyć ocean okrągłych zdań francuskiego klasyka.

Osobną, aczkolwiek dla mnie bardzo intrygującą kwestią, jest próba dotarcia do prywatności pisarza. Flaubert spalił większość listów, nie mogąc dopuścić do siebie myśli, że kiedyś ktoś mógłby je przeczytać. Rozumiem ubolewanie i rozpacz znawców literatury nad tym faktem, ale jeszcze bardziej rozumiem Flauberta, który sam chciał zadecydować i wybrać, co po sobie zostawi. Na jego miejscu zrobiłabym to samo, gdybym tylko była tak pracowita i systematyczna jak on.

„Coś do oclenia” to wyjątkowa książka. Jest w niej jeszcze mnóstwo kwestii, o których nawet nie wspomniałam, a które zasługują na uwagę. Zostawię jednak odkrywanie wielbicielom autora. Nie wiem, jak Wy, ale osobiście zawsze lubiłam kumplować się z ludźmi mądrzejszymi ode mnie, bo lubię się uczyć i odkrywać. Barnes pod tym względem to ideał i cieszę się, że dzięki jego książkom nigdy mi go nie zabraknie.

Recenzja ukazała się na portalu www.lubimyczytac.pl

lc_logo

A w bonusie jedna z moich ulubionych piosenek Brela.

Reklamy

6 thoughts on “Vive la France! – Julian Barnes, Coś do oclenia

  1. Bieńczyk w artykule w Książkach twierdzi ze to kontynuacja Papugi Flauberta. I pokłon w stronę Francji której coraz bardziej nie ma. Zresztą, może artykuł czytałaś?

    1. Ubolewam strasznie nad tym, ze nie mam czasu na żadną prasę więc i artykułu w Książkach nie czytałam. Tak poniekąd intuicyjnie zgadzam się z Bieńczykiem. Barnes na pewno pisze o Francji której już nie ma (dawno) bo jak mieszkałam tam z 15 lat temu to już nawet tego klimatu nie było (no może gdzieniegdzie jeszcze spod szafy u starszych ludzi dało się coś wygrzebać). Odnośnie Papugi … miałam wielką ambicję przeczytać Papugę przed „Coś do oclenia”, ale nie zdążyłam, znaczy tak z 1/4 mi się udało i na tej podstawie mogę domniemywać że Bieńczyk ma całkowitą rację:-)

Możliwość komentowania jest wyłączona.