lit amerykańska · społeczeństwo · tożsamość

Dom nad jeziorem smutku – Marilynne Robinson

0000704_dom-nad-jeziorem-smutku_300Na początku byłam nieufna, bo wygładzone okładki wzmagają moją czujność. Rzadko podchodzę do książki jak do przygody w nieznane, bo zazwyczaj czegoś jednak oczekuję, choćby zakończenia albo trwania, przeżycia albo tylko oglądania. Przyznam też szczerze, że nie zetknęłam się wcześniej z autorką i dopiero po lekturze odkryłam, że Marilynne Robinson jest laureatką Pulitzera za swoją kolejną powieść „Gilead” (oczywiście mam w planach lekturę)

Po kilkunastu stronach spojrzałam na obwolutę, jakbym chciała sprawdzić raz jeszcze dokąd kupiłam bilet i z jakim przewoźnikiem jadę, a tam rekomendacja od Doris Lessing, która była jak sms od mamy w stylu: nie rozmawiaj w pociągu z obcymi. Uciszyłam więc w głowie wszystkich pasażerów i ich historie, które jeszcze szarpały mnie za rękaw i zwolniłam, jak nakazywała jedna z moich ulubionych pisarek.

Szybko postanowiłam przejść pieszo tę drogę, w zasadzie zaraz po tym jak Ruth opowiedziała jak zginęła jej matka. To były ze dwa akapity, ale czytałam je kilka razy, bo między zdaniem a zdaniem były wieczności, w których trzeba się było zanurzyć, żeby je odczuć. Nie, tam wcale nie ma drastycznych scen, ani powodzi smutku ( chociaż historia jest smutna). Jest kilka faktów jak wysp na oceanie bynajmniej nie spokojnym. Trzeba zwiedzić je wszystkie, trzeba wytężyć wzrok, by nie zlać ich w jedną ziemię, by dostrzec przestrzeń miedzy nimi. I ocenić, ile wysiłku wymaga dotarcie z jednego miejsca na drugie.

Już zanurzona w historii, znajdywałam w niej wcześniej zasłyszane dźwięki. To była melodia z tyłu głowy, do której nie pamiętałam już słów a bardzo chciałam je sobie przypomnieć. I udało mi się. Pasowała mi Jeanette Winterson, Jeanette Walls i Majgul Axelsson. Każda po trochę i w różnym natężeniu. Bo historia jest o kobietach, o kobietach z przeszłością, porzuconych, szukających, zagubionych, innych. O kobietach dzieciach w dorosłych i kobietach dorosłych w dzieciach, o relacjach rodzinnych tych nieoczywistych, tych złapanych za końce traw, utrzymujących się na skraju urwiska i tych wymykających się ze zmęczonych już rąk. O niewidzialnych nitkach, które potrafią się trzymać lepiej niż niejeden ozdobny wyrafinowany szew. O przestrzeni między ludźmi, która bywa murem ale i wielką łąką z masą kwiatów i świeżego powietrza.

Być może niektórym zachowanie Ruth – narratorki i jej opiekunki, ciotki Sylvie (siostra matki) może wydać się tajemnicze, nielogiczne, nietuzinkowe, lecz ja postawię plusa jedynie przy ostatnim przymiotniku, ponieważ każdy gest, każde słowo, wszystkie decyzje, były jak liście na drzewach na wiosnę – oczywiste. Niezwykle wnikliwa charakterystyka postaci, choć pozbawiona barwnych przymiotników, uważnemu czytelnikowi pozwoli się oswoić z bohaterkami na tyle, by uznać ich zachowanie za niezwyczajne, owszem, ale typowe czy wręcz oczywiste dla opisywanych osób. Wymykanie się konwencjom zazwyczaj postrzegane jest jako kuriozum. Kiedyś, usłyszałam zarzut, że to nielogiczne jak można wciąż iść wciąż pod prąd i nie być odrobinę elastycznym, przecież to tyle ułatwia a nic nie kosztuje. Co za nonsens. W odwecie zapytam, jak można żyć, zdradzając siebie każdego dnia i tego nie dostrzegać? Gdzie potem szukać się w lustrze, skoro już wszystko oddaliśmy w drodze kompromisu?

Sylvie zdaje się być zaznajomiona ze swoimi granicami. Doskonale wie, które ubrania jej pasują, którą drogą ma iść, nie musi się nad tym zastanawiać i nie jest to kwestia konsekwencji czy wyuczonego stylu bycia, tylko po prostu jej natura. Ruth, pewnie z racji wieku, wyczuwa to raczej intuicyjnie, podczas gdy Lucille, siostra Ruth, wie bardzo niewiele i próbuje wtopić się w tłum. Trzy kobiety w jednym domu. Trzy różne historie, jeden początek, jeden smutek, który prowadzi nas nad jezioro.

Mimo, że do końca nie wiedziałam jak potoczy się historia, wydaje mi się, że nie miała ona zbyt wielkiego wyboru, jeśli chodzi o port, do którego mogłaby zawinąć. Myślę też, że nie port w tej opowieści był najważniejszy. To, co ja znalazłam w tej książce, to potwierdzenie, że idę dobrą drogą, jeśli tylko daję się prowadzić intuicji. Nie powiem, że bohaterki były dla mnie wzorem, ale wyczuwałam jakieś pokrewieństwo dusz, a tym samym potwierdzenie moich wyborów. Zupełnie jakby ktoś objął mnie ramieniem i spojrzał z uśmiechem głęboko w oczy.

I trochę mi ulżyło.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa M

wydawnictwo-M

Reklamy

5 thoughts on “Dom nad jeziorem smutku – Marilynne Robinson

Możliwość komentowania jest wyłączona.