LC · lit. niemiecka · lubimyczytac

Zatrzymać jasne dni – Jasne dni – Zsuzsa Bank

icon_jasne_dniNajdziwniejsza w Ai była jej matka. (…) Jako pierwsze rzuciły mi się w oczy jej paznokcie u nóg, pomalowane na fioletowo, z fioletowym paskiem na skórze wokół, jakby nie chciała oszczędzać na lakierze.

Z pewnością nie jest to kluczowe zdanie z historii Ai, Seri (właściwie Therese) i Karla, ale mnie trudno o nim zapomnieć, choć przeczytałam je na pierwszych stronach książki. Bo Zsuzsa Bank pisze swoje zdania, jak matka Ai maluje paznokcie, na fioletowo i jakby nie chciała oszczędzać na talencie, na słowach na ich ciężarze lub może wręcz lekkości, nad całą zawartością jaką niesie ich splot, ułożony w zdania. Ze zręcznością cyrkówki przechadza się po linach rozciągniętych między trzema rodzinami, miedzy trzema matkami bardziej i z niezwykłym talentem uderza w trójkąt przyjaciół (ich dzieci) wydobywając z niego dźwięk, jakiego dotąd nie słyszałam.

Seri opowiada o wspólnym dzieciństwie, o trzech domach, bardzo różnych, o trzech historiach połączonych nierozerwalnie, na zawsze, choć nie oplątanych więzami rodzinnymi. Beztroskie lata, wyczekiwane wizyty ojca Ai, zawsze za krótkie, zdarzające się jedynie raz do roku. Śmiech w polach, gwiazdy na pożegnanie, przyjaźń gdzie dusza o duszę trąca. Życie z troskami ale i pełnym oddechem, z niebem rozciągniętym miedzy horyzontami. Jasne dni.

Czy teraźniejszość może zmienić przeszłość? Jak bardzo? Ile kartek historii może zmienić jedno zdanie noszone głęboko w kieszeni. A dwa? Czy można rozsypać jasne dni i ułożyć je potem znów w całość? Czy można oswoić cienie i czy to pozwoli im odejść?

Skąd biorą się zdania? Z kolorowych nitek zbieranych na bazarach? Z rozprutych swetrów? Ze zmyślnych wzorów, po których biegną druty palców, rozlewają się wypieki z policzków, kolorując szarość włóczki? Skąd wziąć zdanie, to pierwsze, które skrzyknie gromadę kolejnych i ustawi je w jakiś choinkowy łańcuszek namacalnych, wielobarwnych ogniw? I w końcu, jak opowiedzieć zdaniami o przestrzeni, o ruchomych piaskach, które nie mają kształtu, które nie dzieją się, bo są i nie mają czasu na akcje? Jak opowiedzieć o życiu nigdzie nie zawieszonym, które tylko czasem skrzydłami dotyka czyjejś twarzy, jakby chciało ją uspokoić na dobranoc. Jak rozpiąć linę, po której można chodzić jak akrobata, kiedy wokół nie ma ścian, ani drzew, ani niczego, o co by można ją było zaczepić, a przecież jest lina i widzę jak bohaterowie po niej chodzą.

Nie umiem odpowiedzieć na te wszystkie pytania. Może trzeba mistrza, żeby dotrzeć do tajemnic drugiego mistrza i dlatego zachodzę wciąż w głowę, jak Zsuzie Banks udało się opowiedzieć historię, która w innych słowach, w innych zdaniach, z inną melodią mogłaby nużyć albo drażnić nieprawdopodobieństwem lub nawet otrzeć się o kicz. A tymczasem jest festiwalem talentu, kiermaszem zdań „hand made” połączonych niezwykle zręcznie, prosto lecz w tajemniczy sposób. Nie, nie zamierzam dociekać, nie muszę wiedzieć z czego jest tort, żeby mi smakował. A ponieważ już go spróbowałam, dam Wam dobrą rade, jedzcie go palcami.

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl

Advertisements