Uncategorized

książkowe historie

Książki zawsze opowiadają historie. Rozciągają się odcinkiem czasu od wielkiej litery do kropki. Biegną sylabami od jednego uderzenia serca do drugiego, potykają się o kamienie zdarzeń, upadają, podnoszą się albo zmieniają bieg. Rozciągają się ciepłym szalikiem wokół szyi albo wiosennym szalem wokół głowy, miękkim lnem,  który możemy złapać za początek i koniec,  palcami prześledzić ścieg nitki, możemy wychylić się przez okno kartek, oprzeć dłonie na parapecie i pozwolić wiatrowi dmuchać w szal, żeby go lepiej ułożył, zmiękczył, dopasował do ciała.

A gdyby wysnuć nitki poza punktami, poza osią czasu, gdyby je wypuścić motylami poza odcinki zdarzeń, ominąć punkty zwrotne? Gdyby zamalować przestrzeń przezroczystego błękitu gęstą kreską niewypowiedzianych pragnień i marzeń? Gdyby wypełnić niezamieszkałe pola ptakami, drzewami i śpiewem. Poszukać życia w tym zapomnianym kosmosie, gdzie dzieją się jedynie myśli?

Jak owocna byłaby wędrówka, bez kosza na grzyby? Z pustymi rękoma, które wolą dotykać kory drzew, albo złapać rozpacz w mojej głowie, zebrać w jednej garści i rozrzucić.

Nie pamiętam zdarzeń. Mówią mi, że było wczoraj i przedwczoraj i czasem faktycznie widzę jakieś końce kłębków u swoich stóp. Czasem coś się zaplącze w palce, co pośpiesznie zrzucam jak jasny paproch z ciemnego płaszcza. Nie pamiętam. Nie liczę kroków, które stawiam na mostach, skupiam się na rozchwianych linach, którym muszę zaufać jeśli ma być jakieś jutro. Milknę gdy upadam, zamykam oczy, żeby zawiesić czas, żeby przespać rany i potłuczone nogi. Nie jestem bohaterem. Nie mierzę się mieczem z przeciwnością losu, nie daję się zakłuć w kajdany i ulec dniom i nocom odliczanym kreskami na ścianach w rzędach po siedem. Czy zatem nadaję się na książkę? Czy warto rozkopać moją ziemię, żeby poszukać czegokolwiek, co można nazwać, ubrać, określić, a potem postawić gdzieś na półce. Czy jestem zdaniem? Kto jest zdaniem? Skąd biorą się zdania? Z kolorowych nitek zbieranych na bazarach? Z rozprutych swetrów? Ze zmyślnych wzorów, po których biegną druty palców, rozlewają się wypieki z policzków, kolorując szarość włóczki? Skąd wziąć zdanie, to pierwsze, które skrzyknie gromadę kolejnych i ustawi je w jakiś choinkowy łańcuszek namacalnych ogniw? I w końcu jak opowiedzieć zdaniami o przestrzeni, o ruchomych piaskach, które nie mają kształtu, które nie dzieją się, bo są i nie mają czasu na akcje? Jak opowiedzieć o życiu nigdzie nie zawieszonym, które tylko czasem skrzydłami dotyka mojej twarzy, jakby chciało mnie uspokoić na dobranoc, przypomnieć, że jest dlatego, że ja jestem. Jak rozpiąć linę, na którą wejdę jak akrobatka, kiedy wokół nie ma ścian, ani drzew, ani niczego, o co by można ją było zaczepić, a przecież jest lina i ja po niej chodzę.

Nie umiem. Ale jest coś, co karze mi zbierać słowa jak kasztany, choć pospolite i powszechne, choć twarde i z określonym kształtem. I mam ich pełne kieszenie, szuflady i szafki.

I tylko kartki mi brak, na której ułożyłyby jakiś obrazek na wzór tych czytanych na co dzień i jednocześnie odległy od wszystkich mi znanych. Więc na razie jestem, bo nie wiem jak się dziać.

Reklamy