lit amerykańska · noblista

W twierdzy

Ofiara_Saul-Bellow,images_big,21,978-83-07-03265-8W „Eraserhead” Davida Lyncha jest taka scena, gdzie w jakimś tam kasetoniku-szafeczce na ścianie zostaje złożone ziarenko (wybaczcie, jeśli nie przytoczę jej zbyt dokładnie). Henry, główny bohater, siedzi na obskurnym, metalowym łóżku, a ziarenko zaczyna puszczać pędy. Rozrasta się coraz bardziej i bardziej, ku zdziwieniu mężczyzny, czerpiąc nie wiadomo skąd energię do wzrostu. I opętania.

To pierwsze skojarzenie jakie miałam, czytając „Ofiarę” Saula Bellowa, bo równie dobrze Henry to mógł być Asa Leventhal, w którym umiejętnie zasiane ziarno, kiełkuje nierzeczywistymi wyrzutami sumienia, zmuszając go do przeżywania całego wachlarza uczuć, od złości i nienawiści, poprzez próbę zrozumienia, litość, do frustracji i swoistego zaburzenia postrzegania świata we właściwych proporcjach. I choć początkowo nasz żydowski bohater reaguje (zdrowo) szczerym zdziwieniem i zaskoczeniem, na czynione mu zarzuty,  to stopniowo oswaja w sobie poczucie winy wzbudzone przez starego znajomego, i pozwala mu się oplątać niczym bluszcz.

Inne, literackie z kolei skojarzenie, przywodzi na myśl Kafkę i Dostojewskiego i choć sama na to wpadłam, niestety nie byłam pierwsza. Cała sytuacja, oglądana z boku i skrupulatnie relacjonowana przez narratora, przynajmniej na początku wydaje się czytelnikowi absurdalna. Logika rozumowania Allbee’go – oprawcy, wymyka się wszelkim konwenansom i stereotypom. Jego tłumaczenie zaszłych zdarzeń dalece odbiega od rzeczywistości a jednocześnie bardzo realnie zaciska sznur na szyi Asy. Sytuacja wydaje się patowa i czytelnik szukając wyjścia, analizuje wszystkie dostępne rozwiązania, z tymi najbardziej brutalnymi włącznie, zastanawiając się, jak wybrnie lub nie wybrnie z tego bohater.

Inna refleksja narzucająca mi się podczas czytania, kiedy to skrupulatne i niezwykle przekonywujące opisy zachowania i toku myślenia bohaterów pochłaniały mnie bez reszty (Dostojewski), to zamknięcie się na drugiego człowieka. Walka o drogę do porozumienia, która nie jest wynikiem kompromisu, ale szantażu. Szukając w treści wszelakich interpretacji tytułu, oprócz oczywistej identyfikacji ofiary, myślałam o tym, że to my, ludzie jesteśmy ofiarami własnych, jedynie słusznych przekonań i interpretacji sytuacji. Przeświadczeni o nieomylności prywatnych sądów, o których myślimy, że są obiektywne, trwamy niezmordowanie na posterunku, chroniąc niezwykle kruchy świat własnych wyobrażeń. Jednocześnie, jakże łatwo w tej własnoręcznie wzniesionej twierdzy znaleźć ruchomą cegłę i najpierw delikatnie nią poruszyć, potem wyjąć, żeby zobaczyć, jak kolejne, jedna po drugiej, tracą stabilność i grunt. I jak wszystko zaczyna się walić.

Pozostaje pytanie, co robić? Wzmocnić mury? Zburzyć wszystko? Jak się obronić?

Myślę, że ta lektura może Wam przynieść jakiś pomysł na rozwiązanie. Albo przynajmniej zmusi do rozważań.

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl

lc_logo

Reklamy