o sztuce · Złota Linia · Śmigła

Finisaż wystawy Złotej Linii – Sacrum. Kraków 2013

Urokiem chwil jest chyba czekanie. Rozciąganie w nieskończoność wyobrażeń, przepisywanie, korygowanie, skreślanie i pisanie od nowa scenariuszy. I raz jeszcze i jeszcze, by przeżyć wszystko po wielokroć, ze wszystkich stron. By sweter ubrać na prawą i lewą stronę i nawet głowę przez rękaw przecisnąć. Z całą mocą poczuć bicie zegara, gdy odmierza inny wymiar w westchnieniach, uśmiechach, w słowach i gestach. A potem przychodzi Chwila, jak pociąg. Wsiadam i jestem w biegu, w tunelach, na łąkach, pomiędzy. W płynności czasu uciekam przed rzeką, nie pozwalając się zmoczyć, zanurzam się cała w teraz. Nigdy przedtem ani potem tak bardzo nie jestem, jak wówczas gdy mnie nie ma.

Sacrum się dopełniło. Wystawa się rozjechała na cztery wiatry. Przed nami Profanum dosłownie i w przenośni. Spotkamy się znów w Radzyniu. (Niech czas wsiądzie teraz do pośpiesznego!) Tymczasem kilka zdjęć z tych chwil, co były jak uderzenie zegara na dwunastą. To ostatnie. I moje teksty, które wśród innych, miałam przyjemność prezentować.

Wszystkie zamieszczone poniżej zdjęcia są autorstwa Anety Herod

IMGP3474 IMGP3353 IMGP3349 IMGP3325 IMGP3332 IMGP3347 IMGP3607 IMGP3614 IMGP3627 IMGP3302 IMGP3571 IMGP3434 IMGP3595

Może jestem i próżna, ale nie mogłam się oprzeć:-)

i teksty:

SACRUM   -NOWY WIŚNICZ -08.09.2012

1.KOKO ( Katarzyna Kokoszyńska)

sacrum – profanum

to
jak gderam na daty przydatności
i przydatność dat
co zimą i wiosną
manifestują niewyrażalny porządek
i jak odgaduję z cieni na ścianie
prawdę albo fałsz

to
jak kruszę kromkę chleba
przed modlitwą o święty spokój
myślą zacieram ślady
tego co widziały oczy
i jak spuszczam głowę
nie wierząc w oczywiste i poznawalne

i wtedy gdy trwam
w niewypowiedzianej
w nieskończonej przyjaźni
z rozpychającym płuca powietrzem
z uprzykrzonym deszczem
brudnymi łapami psa
ze sobą

moje
sacrum
i profanum

2. MONIKA STOCKA

Bo święte jest to, co dłoniom się wymyka i za czym wzrok tęskni wpatrzony i nie widzi, choć jest. To, co nazwę ma, choć nienazwane, między dźwiękami biega i echem za włosy szarpie. Bo święte jest to, co mam, co daję, nie biorąc zapłaty.

Lubię, kiedy pada i kiedy niebo wyciąga swe ręce ku ziemi. Tysiące małych nitek próbuje zatrzeć granice, zamazać, zapłakać rzekę. Wypełnić przestrzeń jakąś powierzchnią, którą da się dotknąć, po której można popłynąć, wbrew wszystkiemu w górę rzeki. I nie ma już nieosiągalnego, bo oto góra spódnicę podciąga i idzie do Mahometa. Na ziemię.

Lubię, kiedy świętość z góry patrzy, na ziemię odległą i wie, że musi zapłakać, by się do niej zbliżyć. Musi się zmaterializować, człowiecze serce w dusznym nieciele w rytm wprawić, żeby poczuć prawdziwie to, co święte za życia. Musi się schylić, by ujrzeć kształty, które łzami swoimi oplata, w niedowierzaniu zamyślona nad ich nieregularną pięknością, nad ich oddechem, mimo ułomności, na życiu, wbrew chorobie.

Kiedy niedostępna wysokość musi zejść, zazdrością wiedziona, między brud, choroby i śmierć, żeby szczęścia zaznać w przemijaniu.

Lubię.

I wyszło słońce …

3. MICHAŁ MACZUBSKI Spotkanie

Zobaczyłem nieznaną mi twarz
Znów jestem dzieckiem
na jeden oddech na przelot liścia
w drodze donikąd

Zatrzymałem się obok samotnej sarny
Wzrokiem przeciąłem jej świat

W zaroślach naprzeciw siebie
jak liście tego samego drzewa
moja ciekawość jej strach

Wolność
o którą tak długo walczyłem dla siebie
runęła
w chwili gdy przestrzeń lasu
oznaczona wargami sarny
została zatarta moimi śladami

Zapłakałem nad światem
nad sobą samym którym dziś jestem
i sarną której życie nie będzie już takie samo

O czym będą gaworzyć drzewa?
O czym zamruczy wiatr?

4. ALEK

łzy swoje
w ciszy
zamienię na perły
modlitwą
nowe światy
czyste
niewinne
obudzę
radości nic nie zatrzyma!

5. IWONA Wierzba

Moje wieczne niedoczekanie

i wzejdzie dzień świata
pełen bogów
jako w niebie
tak i na ziemi

i zmartwychwstaną trupy
starych dni
i pieszczoty
co umarły młodo

i zapadną w siebie
po głowy
serca dwa wielkie
i niejednakowo całe

i będzie świat uczył się chodzić
i nasze będzie dziś
wszystkie wczoraj
i każde jutro

i wolno przyjdziemy
do siebie
i wrócimy
do wzroku i mowy

i ustami poznam
twe dawne ręce
z bukietem niemożliwym
na progu

i zatrzasnę się nad tobą
jak muszla
i można będzie
nie żyć

6.KOKO

JAŚNIE OŚWIECONE

ach
ty jaśnie oświecone
co zielonym światełkiem
cienkim jak nitka
wznosisz się i opadasz

w monitorach
różowości policzków
za paznokciami
trwaj łaskawie

udręko
ekstazo

7.MICHAŁ MACZUBSKI

Mówimy

Mówimy pół-twarzą pół-słowa
by nikt nie usłyszał opowieści
w których chcemy ukrywać prawdę
Mieć na własność
oddech wspólnego czasu

Słowa są strukturą kryształu
Czy je pamiętasz? Z pewnością doskonale
Sam nie wiem po co dziś o to pytam

Matematyczna wizja konstrukcji życia
w metafizycznym półśnie
nagłe spotkania odejścia
początek i koniec

Mimowolnie odgrywa się rolę Boga
opiekuna skazańców losu
Kusi świat bez drugiego człowieka
spojrzenie gwiazdy w pustą materię kosmosu
Powroty –
do czego po co za jaką cenę i w imię czego – ?

Musimy odkryć na nowo
najprostszy język którym złączymy
co było jest co nadejdzie

8. ANDREAS (Małecki)

W przestrzeni
tak zagubieni…
Czy się znajdą ?
Mnie to nie zdziwi
gdy przestrzeń się zakrzywi
i on stanie przed nią…

9. MONIKA GRUCA

raz na Milczenie
on jest w czerwonej koszuli
ona w kolczykach z Folegandros

w niewielkim pokoju z widokiem na siebie
dotykają przybladłych znamion pragnień
otwierają drzwi Niemożliwemu

dłonie prześcigają się w rozmowie
usta otwierają drzwi bezmyślnej rozkoszy
rozbierają nabrzmiałą tęsknotą przestrzeń
do ostatniej komórki
do przedostatniej kropli żywej

w szczelinach jej skóry
on gubi swoją Samotność
ona swoją znajduje 

potem boją się zasnąć
żeby świt nie obudził ich za daleko 

jego policzek
rozmawia z jej nagim brzuchem

dwa wzgórza uniesień otwartych
zamknięte w jego dłoniach

odłożyła pióro
z jego nadgarstka zniknął Czas

on był w czerwonej koszuli
ona w kolczykach z Folegandros
raz na Milczenie

10. ALEK

Miłości Ty moja
gdzie żeś przyczajona
w ego jaźni
schowana
czaisz się
skubana
ja się boję
i czekam
twardym trwaniem
jak skała
a Ty ciągle śpisz
wieczna
i nierozpoznana

11. MONIKA STOCKA

into the wild

Uciekam od świata na swoją Alaskę, w swoją dzicz, gdzie żyję w zgodzie z naturą. Budzę się, zasypiam i działam po prostu, zwyczajnie. Wszystko jest oczywiste, jasne i przejrzyste. Wokół mnie roztacza się niekończący się horyzont, miliony dróg, przestrzeń możliwości i jedno światło, które mnie prowadzi, bez przeszkód do celu, do mojego miejsca.

Miłość.

Nie ma pytań, są tylko odpowiedzi, szybkie, impulsywne, poprawne, jedyne możliwe. Nie ma rozstajów dróg, wątpliwości, powrotów. Jest spontaniczny marsz w rytm, w takt melodii, która we mnie gra. Nagle świat się otwiera. Na przestrzeń, na góry, na morza. Oddycham. Krzyczę szczęśliwa, że oto jestem, oto ja, na świecie. Tylko ja. Też ja. Kwiaty dotykam, jakby odtąd mnie miały służyć. Do ptaków się uśmiecham, jak do luster i czuję w sobie świat i siebie w świecie.

Wszystko jest łatwe, naturalne i jeśli są huśtawki to tylko po to, by wyżej mnie wznieść, by świata więcej zgarnąć wzrokiem, by się nim nasycić, odkryć po raz pierwszy i na nowo i raz jeszcze pierwszy raz. Robię, co chcę, moje ręce i nogi osobno myślą, osobno działają, ale wszyscy w jednym kierunku idziemy, jedną, tą samą rzecz mamy do zrobienia.

Kochać.

Ziarnko do ziarnka składam i kopczyk usypuję, niczym ołtarzyk, który pieczołowicie ocieram z kurzu. Pełna. Miłości. Na początku. I stoję przy nim radosna i każdą cząstkę przez palce raz jeszcze przetaczam, by dotyk na dłużej zatrzymać, by w zmarszczki pod oczami go wcisnąć na stałe, pod powiekami, a w nozdrzach zapach twój, świata zatrzymać. Jak najdłużej. Rozpływam się. W twojej koszuli się topię, w trawach rosy twojego ciała zanurzam, a nade mną niebo, nad głową tuż, a chmura jak dach przed deszczem i wiatrem mnie chroni. Na ramionach jak peleryna spoczywa.

Twoje ciało.

Jestem. Ja. Też. Świat i kierunek jeden. I przestrzeń i nogi moje, które w każdą stronę iść mogą, a bez wahania w jednym kierunku zmierzają.

Aż przyjdzie zima. Spadnie śnieg. Aż woda wzbierze i od świata odetnie mnie bezwzględnie. Aż ziemia skurczy się z zimna, ze skórą zespoli, aż wsiąknę. W Ciebie. Aż wrosnę niemocą, zatrzymam na wzgórzu, skąd po horyzont świat się rozpościera, ale nie mój już. Twój.
Na obrazku tylko, w dali.

Nie widać. Mnie.

Aż ryż się skończy i dziurki w pasku i spodnie przestaną się trzymać.

Bo wszystko ci oddałam za MIŁOŚĆ.

Trujące owoce w dłoni. Zatrzymam je na wszelki wypadek, gdy ciało zacznie mi ciążyć.

 

12. KOKO

jeszcze słońce zagląda w oczy
i piasek stopy grzeje
lecz wiatr już się rozkręca
w szaleńczym na wodzie tańcu
więc ona marszczy czoło
palce jej w złości bieleją
bo z jego ramion chce uciec
i gładzić bursztyny różańcom

babiego lata nitki
w wędrówce przysiądą na chwilę
liść w koronki ubiorą
czar rzucą na muchę śpiącą
wtulone w ptasie skrzydła
do lotu nagle się zerwą
lecz nie uciekną daleko
gdzieś nad polami zabłądzą

drzewa co już od wiosny
stroiły się w kolczyki
flirtują jeszcze ze słońcem
zrzuciwszy swe suknie białe
wykołysane wiatrem
usną wkrótce spokojnie
a ja zatrzymam ten czas
i ich czerwone korale

13. MICHAŁ MACZUBSKI

We wnętrzu katedry w Chartres
(fragment poematu)

2.
Anachoreta podąża wzdłuż cienia
Świątynia przyjmuje modlitwę do swego wnętrza
Stare mury rozsadza potok wymówek
i niespełnione obietnice świętych
spalonych na stosie
ich przestraszone oczy są relikwiami

Te tryskające źródła wiary
w skrytości
kontemplują pustkę ciszy
aż staną się pyłkiem kurzu
tańcząc w powietrzu nad rozświetlonym ołtarzem

14. KOKO

INTRA

Między wami mnie nie ma

głęboko pod skórą
przymknięta powiekami
dobieram się do każdego naczynka
i każdej komórki
żeby tam
przy swoim własnym konfesjonale
na własnym ołtarzu
wypraszać od siebie
łaski dostąpienia
dobrodziejstwa ciszy.
Złożę w ofierze wszystko
co chciały powiedzieć oczy
i co przemilczały ręce
podetnę gardła myślom nie o sobie
a uszom nakażę słuchać szumu krwi.

Nie wrócę.

15. ELIZA

przed nami
marność
nad marnościami
i wszystko marność

a w nas
jak w studnię czarną
ciśnięto ciszę
zaklętą w złoty głaz

jak serce
do gardła podpełza
midasowe milczenie
aż ziemię zaleje
znów

po nas
potop ze słów

Reklamy

2 myśli na temat “Finisaż wystawy Złotej Linii – Sacrum. Kraków 2013

  1. Moniko gratuluję tekstów i wystawy.
    „Bo święte jest to…” przypomniało mi wiersz Tuwima, który w podobny sposób traktuje o tym, co święte w człowieku.
    ps. wyglądasz bosko 🙂

    Do Franciszka Fiszera

    Franciszku! Jakiż to wicher radości
    Na skrajach ziemi się pieni?
    Patrz: milion płomiennych wieczności
    Piramidami wyrasta z przestrzeni.

    Forteca wokół globu! Dosyć, dosyć nieba!
    Bóg zazdrosny szturmuje do naszych serc!
    Zmamić go i ściągnąć trzeba,
    Niech się On teraz miota śród gorejących twierdz!

    Teraz Ojca przybić do krzyża,
    Teraz Ojcu wieki męczeństwa!
    Człowiek – Wicher, nasz brat, się zbliża
    Prostować ścieżki człowieczeństwa.

    A wtedy my, krzyczący na tej kuli
    O młodości, o ostatniej wolności,
    Spotkamy się, jak przy zbiegu dwóch ulic,
    Na rogu świata i nieskończoności!

  2. to mi sie w szczególności skojarzyło z jednym moim tekstem, neistety nei napisałam go tak ładnie …
    za komplementy dziękuję:-),
    szukałam Twojego adresu żeby Cie do mojego pokoju zaciągnąć, ale nie znalazłam. gmailowej korespondencji juz nie mam, bo musiałam zlikwidować tamten adres …

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s