lit. polska · Uncategorized

snują się obłoki nad filiżankami …

Kiedy byłam małym chłopcem i chodziłam do przedszkola, były lata 70, osiedla budowały się w dziwnych miejscach, od których dzieliły je kilometry do przystanków szkół i sklepów. Pamiętam, że do mojego przedszkola było daleko i nie dało się tam podjechać autobusem. Co rano odnosiłam wrażenie, że przemierzam świat w szerz lub wzdłuż tylko po to, żeby po kilku smutnych godzinach wrócić do miejsca, z którego wyszłam.
Oczywiście po latach wielu, ta sama droga przemierzona nogami, którym zdawało się, że należą do kobiety, była jak zasuszony, skurczony makaron.

Lubię odkrywać przeszłość, niekoniecznie swoją własną, gdy na znajomych połaciach znajduję nowe polany, a las zamieszkują drzewa innego gatunku niż pamiętałam. Lubię, gdy znajome ongiś rzeczy, pokrywa kurz doświadczeń, lata zapomnienia i jakaś mgła przebarwiona na wygodniejszy kolor. Lubię odgrzebywać stare meble spod prześcieradeł i dniami całymi składać ich historię z urwanych strzępków minionych dni. Lubię szukać widoczków zakopanych całkiem płytko w ziemi, kiedy gorączkowo próbuję sobie przypomnieć, gdzie to było i co schowałam pod szkiełkiem. I gdy w końcu znajduję, to lubię w sobie to lekkie zaskoczenie, które nokautuje moją pamięć.

Joanna Bator pisze o rzeczach mi bliskich i znanych. Pisze o moim świecie, o ludziach, których pamiętam. Problem w tym, że pamiętam ich dokładnie tak samo, jak ona ich opisuje. Mnie też w głowie zostały schematy i stereotypy. Pamięć zmieniła się w wielką szafę z szufladami, w których posegregowałam poszczególne lata, zdarzenia i ludzi. I kiedy do niej zaglądam, nie znajduję niestety tajemniczych listów, sekretnych dokumentów, które rzucały by nowe światło na stare wrażenia. Nie mam dostępu pod spódnicę historii, bo ona stoi przede mną posągowa, niezmienna, lekko obsrana jak pomnik Fredry na wrocławskim rynku.

Jakkolwiek ciekawe historie, z czasem męczą przesytem, bujnością. Ktoś dodał trochę za dużo sera do ciasta, wbił o jedno jajko więcej niż trzeba. Przypomina mi się moja ukochana babcia, która wiele, wiele lat temu chciała nas ukontentować bitą śmietaną, dostępną wówczas jedynie w ekskluzywnym, wrocławskim Hortexie. Ona chciała być lepsza od Hortexu i nie szczędziła na składnikach. Gdyby mi wówczas nie powiedziała, co jem, do dziś bym nie wiedziała, co to było. Natomiast do dziś pamiętam smak i doceniam starania.

Język jest trochę jak barokowa katedra. Kolejna. Pierwszy akapit robi wrażenie, zachwyca, ale całość przytłacza, rozprasza i męczy. Poza tym jest trochę jak w mieście obok, które zwiedzałam tydzień wcześniej.

Nie mniej czyta się w miarę dobrze i szybko. Trochę nawet za bardzo. No i oczekiwałam czegoś więcej niż starego, kieszonkowego, okrągłego lusterka. Liczyłam, że uda mi się zajrzeć na jego drugą stronę …

Advertisements

2 thoughts on “snują się obłoki nad filiżankami …

  1. Chmurdalia i Piaskowa góra. Rozczarowałam się okrutnie, no same stereotypy i na dodatek takie przewidywalne, a mogło być tak pięknie …

Możliwość komentowania jest wyłączona.