Uncategorized

historie

rozmawiałam wczoraj z bliską mi osobą o książkach. trudno to nazwać chyba rozmową o książkach, szłyśmy słowami dokładnie tą samą drogą, wiedzione tymi samymi dźwiękami, mogłyśmy milczeć w zasadzie i wdychać powietrze. bo wszystko było takie oczywiste.

patrz jagody.
widzę przecież, pokazywałam ci je przed chwilą

z książek, które czytam, rzadko wynoszę historie. są trochę jak moje codzienne podróże pociągiem. lubię, ale są tak powszechne, że zlewają mi się w jedno. wiem, że głupio to zabrzmi, ale najczęściej z książek wynoszę interlinie, akapity, jakieś przytłumione oddechy, które ledwie słychać w zdaniach. jakieś cicho pulsujące życie, które nawet śmiałości nie ma, żeby się zamanifestować w postaci ciągu znaków, tylko chowa się gdzieś w znaczeniach. z książek wynoszę znaczenie zdań, takich jak te u Irene Sabatini:

Chcę mu powiedzieć, że nie jestem zdenerwowana, mimo że przestraszyłam się chwilę wcześniej. Chcę powiedzieć, że nie uważam go za złą osobę, że lubię jego imię, Ian,  że się go nie boję.
Ale zamiast tego wypowiadam tylko jedno słowo:
– Gorąco.*

wynoszę dech zaparty w piersiach i korek słów w gardle, powstały na skutek katastrofy, której skutkiem jest jakaś śmierć, jak u Zweiga w Dziewczynie z poczty. nie zapomnę tego momentu, gdy dowiedziała się, że musi wyjechać. tego momentu, kiedy słowa przestawia się jeszcze, by nie znaczyły tego, co znaczyć mają. kiedy są jeszcze labiryntem, z którego pospiesznie szuka się ucieczki, jakby gonił cię ogień. musisz zdążyć zanim cię strawi, ale nigdy ci się nie udaje, bo dochodzisz do wypowiedzianej beznamiętnie konstrukcji zdania, która jest jak zamknięte drzwi. już nikt cię nie usłyszy. musisz wyjechać. i zostaje tylko śmierć. nie zrozumie, kto nie przeżył.

z książek wynoszę jeszcze oczy Laury, które potem widzę w pociągach. laura przychodzi do mnie w geście dłoni, która łapie się za poręcz, w słabnącym dźwięku słowa, którego nie dosłyszałam. laura budzi moje zmysły, czesze je jak włosy, prostuje grzebieniem, dotyka ich i wiem, gdzie jestem laurąmoniką, gdzie jestem ja, a gdzie się pokruszyłam o zbyt osty zakręt, gdzie ścięłam pięty by dopasować nogę do za ciasnego bucika. laura przychodzi do mnie tęsknotą za człowiekiem, taką samą, jaką przychodzą mieszkańcy ulicy Nadbrzeżnej. poklepali mnie po przyjacielsku po plecach i poprosili, żebym kiedyś jeszcze do nich zaszła, może będzie następna impreza u doktorka.

następnym razem przyniosę wino. I może nic potem nie będę pamiętać, albo tylko niewiele. ale zostanie w mnie zapach morza i opowieść o ośmiornicach.

bo proza, jak mi się udało ująć to wczoraj, musi być jak zapach, który rozprzestrzenia się po domu, zagląda w najdziwniejsze zakamarki, w nitki starego swetra się plącze. tajny aromat, co lekką dłonią namaszcza tło, naznacza postaci, buduje mosty od krzesła do stopy, od pępka do szafy. a potem nic nie jest już takie samo.

gdy piszę, uczę się być zapachem

* Chłopiec z sąsiedztwa

Advertisements