holokaust · LC · lit. rumuńska · lubimyczytac · recenzje

nie ma dokąd uciec

Niech Was nie zmyli zapowiedź sensacji, tajemniczej śmierci, ani próba rozwikłania zagadki zniknięcia głównego bohatera. Nie oczekujcie również dramatu po ataku na World Trade Center, ani pikantnych kawałków nafaszerowanych erotyczną miłością. To tylko szeleszczące opakowanie cukierka, który wcale nie jest słodki. I choć, być może, swym smakiem nie zaskakuje, trudno go nazwać mdłym, czy nijakim. Ale z pewnością nie będzie pasował każdemu.

Jakakolwiek fabuła w tej powieści zdaje się być jedynie pretekstem do poszukiwań, do próby określenia granic, własnych jako człowieka i jako emigranta. I nie jest to typ emigranta za chlebem, lecz typ emigranta uciekającego przed przygnieceniem, zduszeniem przez dyktatury, komunizm, ciasnotę umysłu, zamknięcie. I choć Ameryka, kraj wielki i wolny, gdzie zdawałoby się starcza przestrzeni dla każdego, gdzie równie łatwo jest się odnaleźć jak i zgubić, postrzegana jest jako raj dla wygnanych, tym razem raczej niekoniecznie okazuje się upragnionym Edenem. I nie jest to nawet kwestia tego konkretnego kraju, a raczej samej istoty ucieczki. Do przyszłości, za jakiś szlaban, za granicę, za grubą kreskę, która coś w naszym życiu wyraźnie oddzieli. Niestety nie ma chyba takiego miejsca, które odebrałoby od nas bagaż przeszłości. Bibeloty naszej tożsamości, kultury, pamięci wypełniają naszą przestrzeń gdziekolwiek jesteśmy, a stare łańcuszki, pamiątki po rodzicach wciąż oplatają nasze szyje.

„Teraźniejszość! Teraźniejszość, mruczy do siebie. Dewiza twojego nowego życia: TERAŹNIEJSZOŚĆ. I tylko TERAŹNIEJSZOŚĆ! Wcześniej istniała winna wszystkiemu przeszłość i świetlana choć odłożona na później przyszłość.”*

A jeżeli nawet jakimś cudem udaje nam się o czymś zapomnieć, to coś lub ktoś nie zapomina o nas. Odnoszę wrażenie, że Manea próbuje powiedzieć, życie ludzkie nie sprowadza się tylko do tu i teraz, do wydzielonej bezpiecznej bańki, gdzie nie ma wymiany ani z jutrem, ani z wczoraj. Że nasze myśli nie wynikają jedynie z odbić w ulicznych witrynach, nie są jedynie efektem teraźniejszości, naszego aktualnego umiejscowienia. Człowiek zbudowany jest bowiem z trzech czasów. I o żadnym z nich nie da się zapomnieć.

Pomimo tych wszystkich przemyśleń, do których nakłoniła mnie książka, nie zaliczyłabym lektury do udanych. Czytając, można odczuć, że ma się przed oczami coś naprawdę wartościowego, mądrego, coś, z czym warto się zaznajomić. Trudno książce coś zarzucić. Zdania są zgrabne, logiczne, mają swój styl, a jednak coś nie pasuje. Coś sprawia, że zmuszam się do lektury i nie dostaję w zamian oczekiwanej przyjemności, a wręcz łapię się na tym, że wymykam się zdaniom, uciekam im. Przyznam, że zastanawiałam wielokrotnie, co jest nie tak? Czemu się nie podoba, jak musi się podobać? Bo jakby tego było mało, Manea jest pisarzem rumuńskim i zarówno w „Kryjówce”, jak i w innych swoich powieściach, odwołuje się do doświadczeń Holocaustu i życia w Rumunii podczas dyktatury Ceauşescu. Czegóż chcieć więcej? A jednak …

Myślę po prostu, że to nie był mój smak. Ale de gustibus non est disputandum, więc spróbujcie sami.

*Norman Manea, Kryjówka, str. 8, wyd. Czytelnik, Warszawa 2012

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl

Teraz, z perspektywy czasu widzę, jak zadziwiająco dużo zostało we mnie z tej książki, i jakby nie patrzeć dużo pozytywnego … Myślę, że do Manei jeszcze zaglądnę, tylko poczekam na synchronizacje naszych czasów.

 

P.S. podglądając na LC, kto mi dał litościwie plusa, sama sobie zaplusowałam, nie pierwszy raz z resztą:-) ta opcja powinna być wykluczona:-)

Reklamy