lit amerykańska · lit brytyjska

Świat oczami dziecka

Obrazek

Zanim sięgnęłam po prozę Henry Jamesa, kilka ładnych lat temu przeczytałam książkę Mistrz Colma Toibina. I mimo, że Mistrz opisuje kobiety, arystokratki, często nieszczęśliwie zakochane, czego serdecznie w literaturze nie znoszę, po lekturze Toibina postanowiłam chociaż jedną taką historię przeczytać. Zaczęłam od Portretu damy, gdzie nie znalazłszy ani jednego bohatera, za którego chciałabym trzymać kciuki,  wpadłam w sidła pisarza i nie ukrywam, że jest mi z tym wybornie.

„O czym wiedziała Maisie” również jest pełna salonowych intryg, które bardziej kręcą się wokół nienawiści niż miłości, ale tym razem poznajemy je z perspektywy małej dziewczynki, której rodzice się rozwodzą. Od pierwszych stron czytelnik orientuje się, że dziecko to tylko moneta przetargowa, w grze, jaką prowadzą początkowo rodzice, a potem ich partnerzy i guwernantka. Tyle odnośnie fabuły, która nie jest może niczym nowym, ale która mimo swego wieku (książka po raz pierwszy została wydana w 1897roku, w Polsce w 2012!), nie zakurzyła się ani trochę i wciąż pozostaje aktualna.

To, co mnie fascynowało najbardziej i co mnie zawsze u Jamesa fascynuje, to realizm postaci, sytuacji, koronkowe opisy, dopracowane detale. Z książki Toibina wiem, że Henry James bardzo skrupulatnie przygotowywał się do pisania powieści. Mając już zarys fabuły, obserwował wnikliwie ludzi, prowadził notatki, analizował, wiedząc doskonale, którą ze swych bohaterek obdarzy charakterem poznanej właśnie damy. Tę pracowitość i skrupulatność bardzo widać w jego dziełach, nie ustępuje ona jednak talentowi. I tym razem w zasadzie nie ma się do czego przyczepić, tym bardziej, że opisać wiarygodnie świat z perspektywy małej dziewczynki, którą się nigdy nie było, wydaje mi się niebywale trudne. I ja, jako czytelnik, który dla odmiany był kiedyś małą dziewczynką, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że efekty tego przedsięwzięcia są godne Mistrza.

Autor moim zdaniem w dwójnasób oddał zagubienie i przerażenie Maisie, nie tylko poprzez głos narratora, ale również poprzez budowę zdań i stylistykę. Wypowiedzi bohaterów często pełne są niedopowiedzeń. Czasem dorosłemu czytelnikowi trudno się domyślić ich właściwego znaczenia, a co dopiero małemu dziecku, od którego wymaga się, by je pojął w mig. Zdania są albo urwane w połowie i wieloznaczne, albo długie, zawiłe, wielokrotnie złożone, a śledzenie w nich sensu dodatkowo utrudnia mnogość zaimków osobowych, które często, za każdym razem odnoszą się do czegoś/ kogoś innego. Osobiście trudno mi było dojść, w którym momencie, o co lub kogo chodzi. Nie podejrzewam tłumacza o niechlujny przekład, raczej skłaniam się ku poglądowi, że to był celowy zabieg.

Nie ukrywam i nie wiem, czy jest to tylko moje subiektywne wrażenie, czy zamierzony cel autora, że zabiegi stylistyczne i wieloznaczeniowość wypowiedzi, sprawiły, że podczas lektury czułam się podobnie jak jej bohaterka, zagubiona, pełna niepokoju, samotna i niekochana. Udzielił mi się strach i poczucie opuszczenia prostolinijnej Maisie, która tonąc, była gotowa chwytać się każdej brzytwy, doskonale wiedząc, że może się zranić.

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl

P.S. Henry James wyzwala we mnie nienasycenie. nieposkromione

Advertisements

6 thoughts on “Świat oczami dziecka

  1. A ja właśnie przywiozłem sobie z domu „Ambasadorów” :-). Co do tego jak się kończy nieposkromienie u kobiety proponuję „Portret damy” :-).

    1. portret damy czytałam, na samym początku, za to Ambasadorów jeszcze nie. Czekam za to na mikołaja może przyniesie W kleszczach lęku albo cuś:-)

Możliwość komentowania jest wyłączona.