Uncategorized

I kowbojki mogą marzyć

Przyznam, że nie do końca jestem fanką tego typu literatury – trochę no name’owych wspomnień rodem z Ameryki, po których nie spodziewam się niczego więcej niż trywialnych, wtórnych mądrości. Tutaj jednak skusił mnie trochę tytuł i pierwsze zdanie: „Te stare krowy jeszcze przed nami wyczuły nadchodzące kłopoty…”, po którym, wbrew wszystkiemu zaczęła się we mnie tlić nadzieja na coś innego.

Nie pomyliłam się bardzo, oczekując historii prawdziwej kowbojki, nie mającej co prawda niczego wspólnego z uwielbianą przeze mnie Sissy z I kowbojki mogą marzyć Toma Robbinsa, ale za to mającej prawdziwe ciało i niewyparzoną gębę.

Nie sposób opowiedzieć pokrótce nawet jednej czwartej przygód Lily, tym bardziej, że ta kobieta sama w sobie jest wielką przygodą i przyznaję, że bardziej niż jakiekolwiek walory artystyczne, w tej książce urzekła mnie jej bohaterka. Podczas lektury wielokrotnie sprawdzałam, czy aby na pewno Lily żyła na początku XX wieku, gdyż otwartość jej umysłu, pęd do spełniania marzeń czy nieświadomy feminizm, (pomimo spędzenia większości życia na farmie) zadziwiałby nawet dziś. Już jako mała dziewczynka, wyróżnia się nie tylko bystrością umysłu, ale też zmysłem obserwacji i twardym charakterem. I choć początkowo zdaje się szukać swojego Wielkiego Celu, jak sama go określa, trudno oprzeć się wrażeniu, że doskonale wie dokąd zmierza. Lily nigdy nie załamuje rąk, nie popada w melancholię (w przeciwieństwie do swojej matki), nie marzy o niemożliwym i nie wzdycha do księcia z bajki. Ale to nie facet w spódnicy, Lily potrafi też płakać i … marzyć, a kiedy zaczyna, nie ma takiej siły, która powstrzymywałaby ją od dążenia aby to, czego pragnie się zmaterializowało. W ten sposób kończy szkołę, uzyskując dyplom nauczyciela, który pozwala jej uniezależnić się w swojej pracy od widzimisię bardziej prominentnych mieszkańców. Podobnie dzieje się również, kiedy zauważa po raz pierwszy w życiu, lecący nad głową samolot i zapragnie wznieść się w powietrze. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że jej się to udaje. Ma też niezliczoną ilość pomysłów na wyjście z kryzysu finansowego, przy czym jednym z nich jest sprzedawanie bimbru podczas prohibicji, wychowując jednocześnie dwójkę małych dzieci.

Można by pomyśleć, że Lily to kobieta urodzona w czepku, istna szczęściara. Nic bardziej mylnego. Jej ojciec powtarzał często swojej córce, że los rozdaje nam karty, ale to my musimy umieć nimi zagrać. Lily nie dostała dobrych kart, czasem wręcz passa wyjątkowo jej nie sprzyjała, ale to, co miała, rozegrała cholernie dobrze.

Hołd Lily Casey Smith oddaje jej wnuczka, która przyznaje, że babci nie pamięta zbyt dobrze i większość historii zawdzięcza pamięci swojej matki. Tej samej, którą opisuje w książce Szklany Zamek. A ponieważ z lektury „Nieokiełznanych” wynika, że z matki też było niezłe ziółko, choć nie koniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu, nie wyobrażam sobie, żeby i tej książki nie przeczytać.

Recenzja ukazała się na portalu Lubimyczytac.pl

Książkę przeczytałam już jakiś czas temu, ale teraz, z perspektywy tych tygodni, jeszcze bardziej ją doceniam. Nie jest to wielka literatura, ale też nie widzę, żeby autorka pretendowała do tej szuflady. Natomiast ta książka ma niesamowity power i energię, a Lily zagnieżdża się gdzieś w nas, w środku i pcha do działania. Nie ukrywam, że sama jestem zaskoczona moimi wrażeniami, gdyż ten typ literatury na ogół omijam szerokim łukiem, a tu proszę, taka niespodzianka!

Advertisements