LC · lit angielska

Anglia się upaja

To moje pierwsze spotkanie z Alanem Hollinghurstem i na pewno nie ostatnie, choć moje wrażenia po lekturze, jakkolwiek bardzo miłe, nie dorównują tym z okładki. Nie mniej, czas spędzony z książką uznaję za bardzo przyjemny i udany.

Autor, jak wyczytałam doczekał się szuflady pisarza gejowskiego, co nie specjalnie mu odpowiada. I ja go rozumiem. Trudno jednak odżegnywać się od pewnych epitetów, które nadają znaczący kształt rozdziałom, pisanym z lekkością i rozmachem, ale jednocześnie bez zmęczenia, nachalności czy taniej sensacji. I muszę przyznać, że niekiedy podczas lektury, to ja czułam się mniejszością seksualną.

Bohaterem książki i zarazem wielkim nieobecnym, którego chętnie porównałabym do odległego słońca, wokół którego, jak planety zniewolone wytyczonymi orbitami, krążą rozmaici ludzie, jest pierwszorzędny drugorzędny poeta Cecil Valance. Cecil umiera przedwcześnie, co w moim odczuciu, wynosi go automatycznie na piedestał, do którego nigdy by nie dotarł, gdyby żył. Wydaje mi się również, że ofiara złożona z tego młodzieńca, zapewnia jemu otoczeniu, jemu współczesnym oraz przyszłym pokoleniom, godny byt, żeby nie powiedzieć istotę i sens życia.

Ta zawiła i zabawna historia dzieje się na przestrzeni całego dwudziestego stulecia, a nawet dalej, gdyż ostatnia część, to czasy niemal nam współczesne. Opowieść zaczyna się w roku 1913, kiedy to posiadłość Dwa Akry odwiedza przyjaciel Georga Sawle’a, wspomniany Cecil, zaproszony przez jego matkę. Zanim autor w sposób jednoznaczny postawi kropkę nad i, czytelnik z subtelnych niejasności i niedopowiedzeń, domyśli się stopnia zażyłości pomiędzy młodymi studentami. Swoje wspomnienia z tamtego czasu, nieco odmienne, od wspomnień brata, zachowa również szesnastoletnia, nieco naiwna Daphne. A potem na jaw wyjdą jeszcze inne tajemnice.

Kolejne części książki to skoki o kilkadziesiąt lat do przodu, gdzie odnajdujemy znajomych nam już ludzi i znajome miejsca. Przypomina to nieco wielkie rodzinne spotkania z okazji jakichś uroczystości, podczas których z ledwością rozpoznajemy własną kuzynkę, nie mogąc nadziwić się przy tym, że ma już tak dorosłe dzieci. Stopień spowinowacenia niektórych osób, przyprawiałby mnie pewnie o zawrót głowy, gdyby nie fakt, że jest to jeden z licznych momentów, kiedy autor puszcza do nas oko:

Przyrodnia siostra drugiego męża Daphne, wyszła za starszego brata mojego ojca.

Każda część książki obfituje w jakieś rewelacje. Wyciągane jak asy z rękawa poszczególnych bohaterów, rzucają co raz to nowy cień na stare sprawy. I cieni tych przybywa, jak prześcieradeł na pomnikach, z każdymi wspomnieniami i osobami coraz więcej i coraz szczelniej przykrywają prawdę, deformują jej kształt, ku rozpaczy tych, którzy po latach usilnie próbują dotrzeć do pierwotnego stanu rzeczy.

Tym samym wydaje mi się też, że istotną kwestią poruszoną w powieści jest pamięć, pamięć jako taka, a także pamięć, jako kreacja, gdyż trudno nie odnieść wrażenia, że bohaterowie układają wspomnienia w sposób zapewniający im odpowiednią ekspozycję blasku, przy jednoczesnym tuszowaniu tego, co niegodne jest światła dziennego. Żonglowanie rodzinnymi historyjkami, nawarstwiające się kamuflowanie, w moim odczuciu wcale nie sensacyjnych, tajemnic, bezkrytyczne trzymanie się swojego punktu widzenia, jest trochę jak upychanie do wora skarbów w sezamie Ali Baby. W środku to może jeszcze się świeci, ale na zewnątrz już nie koniecznie. Pozorny spryt staje się ułudą, która obnażona przed czytelnikiem, może jedynie wzbudzić uśmiech.
Natomiast tym, co znajduję jako trzon tej książki jest Anglia i Anglicy.

Bo niekoniecznie w powieści chodzi o to, kto z kim spał, ani czyje dzieci wychowuje, ani też nie o to, dla kogo został napisany tak „słynny”, jak „wspaniały” poemat Dwa Akry. Choć nie ukrywam, że nadaje to historii odpowiedni bieg i nie raz przyprawia o wypieki na twarzy. Nie chcę zdradzać za dużo, ale nie ukrywam, że to, co mnie ujęło najbardziej to portrety Anglików z wyższych sfer. Te charaktery, bułka przez bibułkę, sztuczny patos i rozdmuchane ego, nie raz wywoływały mój uśmiech. Właściwie, żaden z bohaterów, a przewinęło się ich sporo, nie wzbudził mojej szczególnej sympatii. I za to chapeau bas dla autora. Przedstawieni z dystansem, w lekko krzywym, acz nader subtelnym zwierciadle, sprawili, że poczułam się wyjątkowo dobrze ze zwykłą herbatą przy swoim małym stole w kuchni.

– Tak czy inaczej, mamy wiersz, prawda? – stwierdził Wilfrid.
– No oczywiście, zawsze istnieje jeszcze wiersz – przyznała Daphne.

Ja, na szczęście nie potrzebuję niczyich wierszy do udowodnienia zasadności swojego istnienia, moja proza życia jest wystarczająco ciekawa.

Cytaty za Alan Hollinghurst, Obce dziecko, wyd. MUZA 2012

Recenzja ukazała się na portalu Lubimyczytac.pl

Reklamy