czasy powojenne · lit chorwacka · wojna · wspomnienia

Niech go Bóg prowadzi, ja pójdę swoją drogą

Znamy te sytuacje, kiedy spotyka się kogoś pierwszy raz i po 10 sekundach się wie, czy się tę osobę będzie darzyło sympatią czy też nie. Nie wiem jak w Waszym przypadku, ale u mnie ta ocena sprawdza się w 99% procentach, choć zawsze się karcę, gdy kogoś z góry skreślam i daję mu potem kolejne szanse, które utwierdzają mnie tylko w pierwszym wrażeniu. Podobnie miałam z tą książką, po przeczytaniu pierwszych stron. To była jedna z tych nielicznych lektur, gdzie recenzje pisze się już podczas czytania, by wyrazić albo swój zachwyt albo święte oburzenie i jakoś te emocje z siebie wyrzucić, celem zachowania względnej równowagi. Potem człowiek sobie uświadamia, że tym samym wrzuca książkę do szuflady, więc za wszelką cenę, stara się ją stamtąd wyciągnąć. Ale ona nie chce wyjść. Może dlatego, że pasuje tam jak ulał.

Chorwacja – kraj pielgrzymek turystów podczas letnich wakacji, ma dość zawiłą i skomplikowaną historię. Tym większa była moja ciekawość, bo poza plażami i słońcem, chciałam odkryć jakieś cienie, pogrzebać głębiej w piasku, by dokopać się do fundamentów, może kruchych i niecnych, ale prawdziwych, stanowiących o tym kraju. I choć moja ciekawość nie została w pełni zaspokojona, to została odpowiednio rozbudzona, co niewątpliwie zaowocuje dalszymi poszukiwaniami.

Niestety, wszystko to, co wydobyłam spomiędzy modlitewnych, przesadnie poetyckich zdań, było wyłuskane w pocie czoła i czułam się czasem jak przysłowiowy Kopciuszek, który musi oddzielić ziarna piasku od ziaren maku w jedną noc. Z tym, że do mnie nie przyszła żadna wróżka z pomocą, a i czasu miałam więcej.

Nie ukrywam, że mimo całego szacunku, jaki mam do autora, nie wzbudził on we mnie ani krzty sympatii. Nie wiem, czy to dlatego, że on był tak gorliwie i ślepo (w moim odczuciu) wierzący, a ja tak gorliwie obojętna na wiarę, czy to jego bierny charakter tak mnie drażnił, czy może religijne tyrady i pielgrzymki po kościołach, których niespecjalnie byłam ciekawa. Luka Brajnović wspomina najpierw czas wojny a potem przymusowe lata spędzone na tułaczce po świecie, w osamotnieniu i tęsknocie za rodziną. I współczułam mu niezmiernie tej rozłąki i losu, na który nie miał specjalnego wpływu, ale nie bardzo zauważyłam, żeby w jakikolwiek sposób próbował go zmienić, podejmując próby połączenia się z rodziną. Opisuje co prawda epizod, w którym podjął się „przemycenia” żony i córki nielegalnie przez granicę, ale z jego relacji wywnioskowałam, że było to kompletnie naiwne, nieprzemyślane, żeby nie powiedzieć dziecinnie nieporadne działanie. Nie potrafiłam także pojąć, jak w ciężkich warunkach obozów, w poniżeniu i strachu, można zachwycać się poezją (i w ogóle jak ją czytać!?), co być może wynika z moich dotychczasowych lektur o czasach okupacji, gdzie bohaterowie stawiali na czyny, a nie na wiarę i słowa. Przyznam, że podziw mieszał się z niechęcią i zdumieniem, gdy czytałam jak dziennikarz, zawierza ślepo swój los Bogu, i jak to dodaje mu otuchy i chęci do życia, podczas gdy w moich oczach tym samym zwalniał się z obowiązku działania. Być może, trochę mimo woli, surowo go oceniam, ale jak kobieta może myśleć z podziwem o mężczyźnie, który zostawia swoją żonę z niedorosłą jeszcze córką, w obcym kraju, tuz przed rozwiązaniem, bo on czuje potrzebę uczestniczenia w rekolekcjach?

Biję się w pierś, moja ocena jest bowiem mocno subiektywna, choć pozwoliłam książce „się odleżeć”, by spojrzeć na wszystko z dystansu i wyciszyć negatywne emocje. Nie do końca skutecznie. Ponad to cały czas podczas lektury, powtarzałam sobie, że nie mam prawa oceniać, bo nie wiem, jak było, bo tego nigdy nie przeżyłam, bo może nigdy tego nie zrozumiem. Nie ma też we mnie tej gorliwej, ufnej wiary, że dobro zwycięży a Bóg poprowadzi mnie za rękę. Spoglądam na świat nieco inaczej i ponad Boga stawiam dobro najbliższych. Ale w końcu każdy z nas jest inny i ma prawo do własnego życia i własnych wyborów. Tym samym decyzję o zgłębieniu lektury zostawiam czytelnikom.

Recenzja została opublikowana na portalu Lubimyczytac.pl

Na skrzydełkach okładki B. Rymanowski poleca książkę, wspominając, jak Luka otrzymał znak od Boga, gdy był chory. Kiedy dotarłam do tego fragmentu, to aż zaniemówiłam, bo jednak zawsze mi się zdawało, że ludzie wykształceni odróżniają cuda od zjawisk meteorologicznych. Nie przytoczę wiernie epizodu, ale chodziło o to, że podczas ciężkiej choroby Brajnovica, poprosił on o jakiś znak od Boga, że będzie żył. Nie pamiętam teraz dobrze, czy prosił konkretnie o deszcz, czy o znak w ogóle. Było nie było, deszcz spadł, co zostało uznane za cud, bo Luka przeżył

Nasunęły mi się od razu dwa cytaty z dwóch różnych książek. Pierwszy to niedawno czytana Allende (Ewa Luna), gdzie bohaterka naigrawała się z ociemniałego ludu, który wierzył w boską moc, gdy po ich modlitwach spadał deszcz, podczas gdy meteorolodzy zapowiadali go już od dawna.

Drugi, to cytat, skrupulatnie wynotowany w moim licealnym kajeciku, brzmi tak:

Nie otrzymasz żadnego znaku – albowiem właściwością bóstwa, od którego znaku pragniesz, jest właśnie milczenie. Kamienie nie wiedzą nic o świątyni, na którą się wspólnie składają i nie mogą wiedzieć.

Antoine de Saint-Exupery, Twierdza

Myślę, że powstrzymam się od komentarza

Reklamy

One thought on “Niech go Bóg prowadzi, ja pójdę swoją drogą

  1. Powiedział Bóg do kamieni – stańcie się ludźmi, i usłyszał – na to jesteśmy jeszcze zbyt miękkie … Tak mi się skojarzyło …

Możliwość komentowania jest wyłączona.