lit. austriacka

Portret D … Dziewczyny

Są takie książki, o których chce się powiedzieć: „Świetna, przeczytaj” i nie dodawać ani słowa więcej, bo i te dwa wydają się za dużo, choć i tak na ścisk upchnęliśmy w nich cały zachwyt i podziw, który jeszcze tętni w naszej krwi. I choć jeszcze pozostaje świeży w głowie, to każde słowo próbujące go opisać, jest jak zbędny element w idealnym obrazie. Są też takie książki, o których trudno powiedzieć więcej niż dwa słowa, żeby nie ujmować nikomu przyjemności z lektury i nie odkrywać fabuły, której znajomość już na początku mogłaby zaburzyć doznania. I to była właśnie taka książka.

Zweig po mistrzowsku wprowadził mnie w małomiasteczkowy klimat powojennej austriackiej wioski.

Wiejskie urzędy pocztowe w Austrii niewiele się różnią od siebie: kto widział jeden ten zna wszystkie. Urządzone, albo raczej zunifikowane w tym samym czasie za Franciszka Józefa i z tego samego funduszu jednakowo nędznie wyposażone. Wszędzie wywołują to samo ponure poczucie niechęci do państwowej instytucji (…).

Już po dwóch pierwszych zdaniach, po tym natłoku jednakowości, czytelnik może się spodziewać, że kolejne przyniosą jakąś burzę, która zakłóci tą monotonię, wstrząśnie czyimś życiem niszcząc tym samym owy niewzruszony, nudny porządek rzeczy. Zweig wspaniale operuje słowem, malując obrazy, gdzie horyzont może niejasno i niewyraźnie, ale majaczy już od pierwszego spojrzenia. Cisza z pierwszych stron, zapowiada przysłowiową burzę na kolejnych i niemal czuć, jak powietrze gęstnieje a niebo robi się granatowe.

Z nie mniejszym artyzmem odmalowuje postać i charakter Christine, tytułowej dziewczyny z poczty. Dowiadujemy się o niej więcej, niż ona sama jest w stanie dowiedzieć się o sobie, niż kiedykolwiek będzie wiedziała, ponieważ od początku nie opuszcza nas (przynajmniej mnie), przeczucie, że jej los jest w rękach autora. Podczas całej pasjonującej lektury, odnosiłam wrażenie, że Christine, jakkolwiek odmalowana we wszystkich szczegółach, spójnie i konsekwentnie, jest tylko narzędziem, marionetką, której bezbłędnie wygłaszane kwestie służą do czegoś więcej, niż tylko opowiedzenia historii biednej dziewczyny, której nadarza się okazja przestąpić próg świata bogaczy. To, co Stefan Zweig ma do powiedzenia wydaje się być z góry określone, aczkolwiek odniosłam wrażenie, że pod koniec zdarzyło mu się zmienić zdanie w raz podjętej decyzji. Autor ma zamysł i koncepcję, tezę od samego początku i wykłada wszystko czytelnikowi. Jest niekwestionowanym bogiem w tym literackim świecie, który stwarzał przez kilka lat, fragmentarycznie, co… nie umyka uwadze. Ten odstęp czasu według mnie bardzo dobrze czuć na kilkanaście stron przed końcem, gdzie w moim przekonaniu nastąpiła wspomniana zmiana koncepcji. Podczas gdy opisywane tam wydarzenia, były dla mnie przysłowiową kropką na końcu zdania, na kolejnych stronach, życie toczyło się dalej w niezmienionej scenerii. Kurtyna jeszcze nie opadła, choć ja gotowa już byłam na oklaski.

Osobiście nie spodziewałam się takiego ciągu dalszego, nie spodziewałam się już żadnego, i to zaskoczenie nie jest raczej zamierzone, lecz jest efektem przemyśleń i doświadczeń autora pomiędzy tworzeniem poszczególnych fragmentów.

Dziewczyna z poczty była moją pierwsza lekturą Stefana Zweiga, lecz na pewno nie ostatnią, bo mimo tego, że przedstawiony świat nie napawa ani optymizmem, ani radością, (nawet niespecjalnie nadzieją), jest w nim głębia, w której można się zanurzyć po czubek głowy. I czuć.

recenzja ukazała się na portalu Lubimyczytac.pl

Dodam jeszcze, bo w recenzji ani mi się nie zmieściło, ani nie uważałam tego za zbyt odkrywcze, ale moim zdaniem przypadek Christine nie odnosi się tylko do biedy, ubóstwa, braku perspektyw. Wystarczy sobie wyobrazić jakąkolwiek sytuację, w której złożono nam jakieś obietnice, pokazano nowe możliwości, dotykaliśmy ich już prawie, nagle poczuliśmy się szczęśliwi ze sobą, w swoim miejscu, w swojej skórze. I w najmniej oczekiwanym momencie, na progu Nowego, ktoś trzasnął drzwiami. Staliśmy się starą niepotrzebną lalką, zbędnym balastem, paprochem strzepniętym z rękawa. Moim zdaniem o tym jest tak książka. O tym TEŻ.

pewnie dlatego była mi tak bliska …

Advertisements

8 thoughts on “Portret D … Dziewczyny

  1. Nie odkrywcze?! Nadmiar skromności … Wydaje mi się, że chyba pierwsza postawiłaś „kropkę nad i” zwróciłaś uwagę na to wokół czego w innych komentarzach/recenzjach (włącznie z moim) tylko krążono. To nie „o tym TEŻ” ale chyba przede wszystkim o tym jest „Dziewczyna z poczty”. „Niecierpliwość serca” jest niezła chociaż czytając ją ciągle miałem z tyłu głowy film, co w tym przypadku akurat nie pomaga, no i jest przedstawiona z innego punktu widzenia. Ale też na swój sposób jest podobna tam również przed ludźmi wytyczona jest niewidzialna granica, tyle że nie jest nią bieda.

    1. szczerze? nie czytałam innych recenzji:-) kiedy piszę swoją szukam bardziej notek o autorze lub jakichś ciekawostek o książce – tu np ze była pisana tyle lat… to, o czym piszę rzuciło mi się w oczy od początku i było bardzo ewidentne i tak oczywiste, ze uznałam, iż nie ma co wspominać. Myślę, że wielu z nas znalazło się w podobnej /adekwatnej sytuacji, co sprawia – w moim przypadku sprawiło – iż odebrała książkę bardzo osobiście. Nie zapomnę momentu kiedy ciotka Christine oznajmiła jej, że jutro wyjeżdża… aż chce się krzyknąć tonem Mai Kleszcz „Ja sobie wyobrażam Boże Mój!”

      1. I bardzo dobrze, też nie czytam (przed, potem tak) i z reguły swoich po napisaniu też nie :-). Odkrycie, że król jest nagi też niby było takie oczywiste a przecież wpadł na to dopiero mały chłopiec :-). Pewnie każdemu zdarzyło się, że „już był w ogródku, już witał się z gąską” – niemiłe uczucie, z tego punktu widzenia lepiej być pesymistą bo jest się ewentualnie miło zaskoczonym :-). Maja Kleszcz, Maja Kleszcz … ? nie znam kobiety 🙂

        1. http://ogrodwpiwnicy.wordpress.com/2012/07/27/ja-sobie-wyobrazam-boze-moj/ na bank znasz:-) w radio podobno bardzo często leci

          a co do książek, są takie, które się dotyka jakoś sobą i stają się bliskie ale trudno to opisać, wytłumaczyć, nazwać. Bo głupio tak mówić o rzeczach ewidentnych:-) a czasem coś się czuje coś gdzieś świta ale strach wyjść przed dom. Z Rantem np tak miałam, że tam zdałam się centralnie na intuicję i hmm zobaczymy:-)))
          A drugą taką książką która mnie rzuciła na kolana i spłakałam się jak głupia, to był Chłopiec z sąsiedztwa, Sabatini. (nie wiem, kiedy się ukaże recenzja) ale nie zdziwi mnie też jak ktoś przeczyta (książkę) i powie o co tyle hałasu??????

  2. Z literaturą współczesną jestem na bakier 🙂 co najwyżej niechcący zdarza mi się po coś sięgnąć tak że nie znam ani Sabatini ani Palahniuka. Jak wiadomo „prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze, nawet ze szczęścia” 🙂 ale przyznaję, nie dałem rady „na raz” przeczytać „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” – to jednak jest zupełnie inny rodzaj literatury.

    1. Ja mocno na bieżąco nie jestem, tylko z racji oficjalnych recenzji, więc bardzo bardzo wybiórczo. A z natury bardziej mnie ciągnie do starszych rzeczy. Wolę chodzić własnymi ścieżkami (i błądzić) niż ulicami rynku wydawniczego:-) Baaardzo rzadko zdarzało mi się czekać na jakąś nowość i przebierać nogami. może to nie świadczy o mnie najlepiej:-), ale ja się z tym dobrze czuję:-)

      1. Nie wiem dlaczego miałby to świadczyć o Tobie źle, to że nie czytasz chłamu?! :-). Odkąd kilka razy się sparzyłem, oficjalne recenzje raczej między bajki kładę, wiadomo, jakkolwiek źle to zabrzmi, książka jest takim samym towarem jak buty, i wydawnictwa choćby już z tego powodu nie będą pisały krytycznie o książkach, które wydają. Ostatnią książką, na którą z niecierpliwością czekałem była chyba 2 albo 3 Harrego Pottera :-). Staram się nie błądzić 🙂 – mam swój trochę prehistoryczny kanon i od czasu do czasu wypuszczam się w nieznane rejony, z różnym skutkiem 🙂 ale z reguły unikam rozczarowań.

        1. a ja się puszczam, puszczam:-) w wyborach kieruję się na nos, na ogół dobrze mi idzie. a jak się trafi katastrofa, odkładam w połowie i puszczam w obieg:-)

Możliwość komentowania jest wyłączona.