lit brytyjska · pochodzenie indyjskie

Podwójne życie solisty

Urlich jakoś od pierwszych stron nie wydał mi się zbyt sympatycznym staruszkiem. Szczerze mówiąc, nie zauważyłam również, żeby bardzo się starał i przyznam, że ta szczerość właśnie oraz brak kokieterii, sprawiły, że bez zastanowienia, ochoczo przekroczyłam progi książki.

Niemal stuletni mężczyzna wspomina swój zbyt długi żywot, czasem w sposób chronologiczny i ciągły, a niekiedy spisuje tylko migawki, zatrzymane kadry, z których sami musimy ułożyć obrazek. Życie mieszkańca krajów bałkańskich, a ściśle mówiąc Bułgarii, w całej rozciągłości XX wieku, nie jest sielanką. Sytuacja polityczna, ekonomiczna, społeczna i rodzinna wreszcie, wpływają na wybory Urlicha, który stara się postępować słusznie, tak jak się tego od niego wymaga, mimo że, w skrytości targają nim zgoła inne namiętności: muzyka, a potem chemia. Niestety, żadna z nich nie została zwieńczona happy endem. Co gorsza, po jednym z licznych eksperymentów, Urlich traci wzrok. Wobec tej prozy życia i jak mi się wydaje, pewnej niezgody na drogi, którymi mu przyszło kroczyć, a także wobec braku siły, by się sprzeciwić i pójść pod prąd, Urlich postanawia przeżyć swoje życie na swój własny sposób. I śni na jawie. Bardzo sugestywnie.

– Ty i ja razem w Nowym Jorku? – Klara żartobliwie trącając Urlicha grzbietem dłoni. – Przecież wiesz, że dawno nie żyję. Jaki inny los mógł spotkać w tamtych czasach żydówkę w Berlinie, żonę żydowskiego profesora? (…) Wiesz, że naprawdę wcale nas tu nie ma, a to wszystko jest tylko marzeniem?
– Owszem, wiem – przyznaje Urlich, ale nie odpuszcza. – To marzenie, Klaro, lecz zarazem coś więcej. Prócz tego, co przeżywamy w rzeczywistości, każdemu z nas przytrafia się dużo różnych spraw – mówi z rzadką u niego pasją. – Życie toczy się tu a tu, odtąd dotąd. Ale zostaje ogromna nadwyżka, a gdzie mamy ją pomieścić jeśli nie w marzeniach?

Książka składa się z dwóch części, które świetnie się uzupełniają, ale równie dobrze mogłyby być dwiema odrębnymi powieściami. Pierwsza część, to oględnie rzecz mówiąc, życiorys Urlicha, bez zbędnych kolorów, bez bohaterskich zrywów, a wręcz przeciwnie, z kilkoma spektakularnymi porażkami (nie tylko w dziedzinie chemii). Druga część to wspomniany, alternatywny świat stworzony przez głównego bohatera.

Od pierwszych stron urzeka klimat i język, poetycki, głęboki i piękny, tak bardzo kontrastujący z brutalną rzeczywistością, która nadaje życiu nie zawsze pożądany kształt. I zdarzenia, które wybuchają niby spodziewanie, w sposób nieunikniony wręcz, ale pozostawiają po sobie głębokie kratery. Nie mając do końca wpływu na to wszystko, co spotyka Urlicha, który w efekcie bezsilnie odbija się trochę od przypadku do przypadku, ulega on wszystkim „gdyby”, snując swoje życie w jego lepszej, własnej wersji, nie pozwalając wspomnianej nadwyżce się zmarnować.

Mocnym spoiwem książki jest samotność. Można wręcz powiedzieć, że gra przysłowiowe pierwsze skrzypce, zupełnie jak Borys, jeden z bohaterów drugiej części (alter ego Urlicha? Jego syn?). Każdy boryka się z życiem na swój własny sposób i chodź rozpaczliwie szuka wokół kogoś do pomocy w niesieniu tego krzyża, świetnie zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę jest sam. Poszukiwanie bliskości i wsparcia, przeplata się z niezrozumieniem, strachem przed utratą, nieufnością. Jedyną pociechą i ucieczką zarazem wydają się być pasje, z których to muzyka wiedzie prym. Problem w tym, że aby ucieczka okazała się efektywna, a pasja stała się bezpiecznym, bezkompromisowym azylem czy zabezpieczonym bunkrem, jak w przypadku Chatuny lub prawdziwym wymarzonym, alternatywnym życiem, jak u Urlicha, każdy musi sobie ją wygrać solo. Tak, jak potrafi.

Recenzja ukazała się na portalu: lubimyczytac.pl

Reklamy