kryminał · lit. skandynawska · lubimyczytac

bezcenna walizka

Od kryminału zazwyczaj oczekuję, oprócz sprawnej akcji, jakiegoś odjazdu w inną przestrzeń, gdzie dopiero na stacji końcowej zorientuję się, że jestem bez bagażu, jedzenia i picia. Przez dwa dni mają mnie świerzbić palce i swędzieć stopy, a potem, gdy już zamknę książkę, mogę o wszystkim zapomnieć. Z moich skromnych doświadczeń wynika raczej, że takie podróże à la spływ kajakiem wartką rzeką są rzadkie, bardziej zostaję zaciągnięta na turystyczny rejs po znajomych okolicach. Nie przeszkadza mi to jednak otwierać od czasu do czasu kolejnego pudełka czekoladek, w nadziei, że znajdę tą z orzeszkiem w środku.

Chłopiec w walizce przypominał mi trochę nocne podchody, gdzie kilka ekip startuje z różnych miejsc do wspólnego celu. Szybko okazuje się, że sam cel staje się mniej ważny od drogi i plecaka doświadczeń, do którego musimy zaglądać raz po raz, jak do mapy, żeby określić właściwy kierunek marszu.

Już na pierwszych stronach, każdy z początkowych rozdziałów wprowadza nas w swoją historię. Jeszcze nie wiadomo, jaki warkocz z tego wyjdzie i który z jego członów jest tym kluczowym, dlatego też uwaga nasza skupia się na wszelkich szczegółach, które potem będziemy mogli złożyć w całość i rozwiązać zagadkę, zanim padnie ostatni klaps. Jeszcze przed połową książki można się zorientować, że tym razem nie do końca chodzi tylko o rozwiązanie i jakąś oczyszczającą ulgę, którą zapewni happy end.

Karin prosi swoją dawną przyjaciółkę ze szkoły pielęgniarskiej o pomoc w odebraniu przesyłki. Nie jest zbyt wylewna. Zostawia w kawiarni na stole kluczyki od schowka na dworcu i po prostu wychodzi, zanim Nina zdąży odmówić. Jan ma opóźnienie samolotu w wyniku zderzenia z mewą i wymogami dodatkowych akceptacji na start. Jucas marzy o domku z dziećmi i Barbarą, gdzieś w Krakowie. Jest jeszcze Sigita i jej ukochany trzylatek Mikas, ten przysłowiowy orzeszek.

Te wszystkie, pozornie odrębne historie, ludzie, którzy na pozór nie mają szans, żeby się spotkać, połączy 20-sto kilogramowa walizka. Już na początku czujemy dziwny zapach mieszanych składników z różnych półek, w miksturę, po której można spodziewać się tylko wybuchu. Ale kiedy eksplozja nie następuje, zaczynamy skupiać swoje zainteresowanie na użytych składnikach. I odkrywamy ich niezwykłe właściwości.
Podobało mi się to odmienne spojrzenie, pewna świeżość, która może nie wynosi lektury wysoko ponad inne pozycje tego gatunku, ale stawia ją na osobnej półce, całkiem dobrze wyeksponowaną. Nie ma dobrego ani złego policjanta ( prawie w ogóle ich nie ma), zdumiewającego i onieśmielającego niewiarygodną inteligencją, która niczym klej, łączy wszystkie nieprawdopodobne przypadki w logiczny ciąg zdarzeń. Są za to ludzie, którzy, jak się okaże, po prostu muszą się spotkać pewnego dnia. Ludzie z ułomnościami, ze swoimi trupami w szafie, które stopniowo z niej wyciągają. Nikt nie jest idealny, ale też nikt nie jest do końca zły, bo nawet ci, którzy w końcu zabijają, nie robią tego ani dla pieniędzy, ani dla przyjemności, ani z żadnych innych, równie oklepanych, pobudek. Motywacja każdego z bohaterów ma całkiem logiczne i co ważne, ludzkie uzasadnienie, i nie pozwala czytelnikowi tak do końca jednoznacznie przekreślić żadnej z postaci. Bohaterowie żyją, są z krwi i kości i nie wydają się być zaprogramowani do wyświechtanego scenariusza i nie znajdują się zawsze w odpowiednim miejscu i czasie, by zatriumfować. To pozwala odetchnąć, może nawet uwierzyć.

Książkę czyta się dobrze i lekko. Wciąga, potrafi przygryźć wargi i oskubać skórki wokół kciuków. I choć, być może, nie pozostanie zbyt długo w pamięci, na pewno pozostawi poczucie miło spędzonego czasu.

Chłopiec w walizce
Lene Kaaberol, Agnete Friis
Wydawnictwo Papierowy Księżyc 2012

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl


Advertisements