LC · lit angielska · recenzje

potyczki z pamięcią

Zagłębiając się dość uważnie w pierwsze ścieżki zdań, starałam się dostrzec jakieś znajome kwiatki, kamienie i drzewa. Nie wiem, czy po to, by poczuć się bezpieczniej, czy dlatego, że oczekiwałam od lektury samych dobrych wrażeń. Przecież nie bez kozery, powtarza się, że najbardziej lubimy to, co już znamy. A kto z nas nie lubi dobrych książek?

Oczywiście pod palcami doszukałam się jakichś znajomych faktur, które w pewnych momentach dawały mocniej o sobie znać, ale tylko powierzchownie, ponieważ w samej głębi były czymś osobliwym i unikalnym.
Nie sposób mi się jednak nie odnieść do dwóch porównań: do cyklu „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta i do „Przekleństw niewinności” Jeffrey’a Eugenidesa. W przypadku porównania do Prousta, nie mam absolutnie na myśli, wijących się niczym bluszcz w ogrodzie, zdań ani przeuroczych aluzji i porównań. Niemniej jednak Barnes, podobnie jak Proust, porusza zagadnienie pamięci. Oglądanie zdarzeń przeszłych, przywoływanie je takimi, jakimi jesteśmy przekonani, że były, a jakimi być może nie były nigdy. Bo jedyne czym były i są, to zdjęciami, nad którymi ślęczeliśmy zbyt długo, by je upiększyć, wygładzić i wyostrzyć. Na przeszłość nakłada się kurz czasu i bagaż doświadczeń, zniekształcenia interpretacji i wreszcie wola widzenia pewnych rzeczy, tak jakbyśmy chcieli, by one wyglądały.

Antony Webster właśnie tego doświadcza. Gdy w pierwszej części opowiada o swoich młodzieńczych latach, snuje swą opowieść trochę w klimacie Eugenidesa właśnie, ale być może to skojarzenie nasuwa tylko samobójstwo jednego z kolegi lub/i grupka przyjaciół – odpowiednik pięknych dziewcząt. A być może są to tylko moje punkty odniesienia, w dodatku chybione.

Z lekko leniwego klimatu lat sześćdziesiątych, przeskakujemy o 40 lat do przodu, gdzie nagle, w jednym punkcie dochodzi do konfrontacji wszystkich trzech czasów, jakie znamy. I jakkolwiek powieść wciąga, a fabuła maluje wypieki na twarzy i kusi, aby zajrzeć szybko na ostatnie strony, to trudno się oprzeć refleksjom nad znaczeniem pamięci, nad jej dziurami, nad tymi widoczkami, które próbujemy zakopać gdzieś pod drzewem, by je odkryć któregoś dnia i sprawdzić, co z nich zostało. Czy na pewno to, co pamiętamy?
Powieść J Barnes’a określiłabym jako wielowymiarową, nieoczywistą, z wieloma znakami zapytania, które ostatnie strony wieńczą odpowiedzią, ale która nas będzie jeszcze zaskakiwać i dziwić przez wiele dni.

recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl

Reklamy

4 thoughts on “potyczki z pamięcią

  1. Natchnęło mnie, by wziąć kilka fotografii z dzieciństwa i opisać widniejące na nich kadry. To będzie ciekawe zobaczyć ile zostało w pamięci. Nie mam złudzeń, że tkwią w niej same strzępy obrazów, ale nie przeszkadza mi to. Odtworzyć, a raczej stworzyć na nowo swoje dzieciństwo na podstawie zdjęć i uwierzyć w każde wymyślone wspomnienie… wygładzone, upiększone. Tamte zdarzenia nie były inne, skoro takimi je widzę. W tym wypadku rzeczywistość zamknięta jest w szklanej kuli. Wystarczy tylko potrzeć ją dłonią.pozdrawiam serdecznie 🙂

  2. książka czeka na mnie do odebrania po promocyjnej akcji empiku. Już po obejrzeniu czytelni czyli czytania awantury (ciągle będę się upierać, że tytuł audycji jest idiotyczny) miałam wrażenie, że będzie u Barnesa pachnieć Proustem, choć nikt tego wyraźnie nie powiedział (widocznie sami filolodzy polscy w obsadzie programu się znaleźli;)). Widzę że potwierdzasz moje przeczucia .

  3. każdy ma swoja Tralamadorię, czyż nie?wspomnienia te które nosimy w sobie to jeszcze jeden czas przeszły, troche subiektywny trochę z wyboru, i wydaje mi się czasem, że jest tym pniem,TYM PNIEM, z którego co dzień po trochu rośnie drzewo

  4. ja miałam takie wrażenie kiedy czytałam o książce gdzieś na blogach. Może sie zasugerowałam, czasem, pamięcią? nie wiem, może tylko mnie Barnes pachnie Proustem, choć nie jest to Proust który będzie się cieszył z odnalezionego czasu i nie Proust, który pisze w poszukiwaniu, który chce coś odzyskać.róznice sa ogromne, zasadnicze może nawet, ale sam proces …pamięć, wspomnienia, to niezwykła rzecz … Proustowi zdarzały sie zdania typu: Pamiętam, że wówczas przypomniałem sobie … jaki to skomplikowany proces ile tam się nakłada czasów, zdeformowań zniekształceń, żeby uformować sobie swój świat na nowo, trochę go wykreować jak bajkę o której dobrze jest myśleć że z niej wychodzimy.tak czy sik, bardzo ciekawa jestem Twojej opinii, być może moje skojarzenia okażą się chybione?

Możliwość komentowania jest wyłączona.