Uncategorized

nasycenie

Jest taka proza, w której od pierwszej linijki zagęszczają się myśli i nam się wydaje, że mamy samą esencję. Wkładasz rękę do słoika z ulubionymi ciastkami, a tam, palcami już wyczuwasz nowe kształty, jak struny naciągnięte, idealne jakby, przyjemne, zagęszczone. Chcesz coś wyłowić i nie wiesz, na co się zdecydować, bo wszytko Cię kusi.

Coś takiego zaserwował mi ostatnio Georges Simenon.

Obok przedstawienia kondycji ludzkiej, obarczonej nieuchronnym przeznaczeniem, obok tej jednostki, od pierwszej strony idącej jasną, prostą ścieżką do ściśle określonego celu, który już od pierwszego zdania nieśmiało się wychyla, (choć wówczas próbujemy go jeszcze ignorować), obok tego wszystkiego, czym jest ta książka, jest jeszcze jakiś gęsty upalno-burzowy erotyzm, duszne niedopowiedzenia, które gdzieś tam próbuje zmyć deszcz, jak bród z chodnika. Z marnym skutkiem.

Wszystkie słowa, gesty, ruchy są opakowane, jakąś przezroczystą folią, przez którą prześwituje ich znaczenie, to prawdziwe i to zagięte od światła. Niezwykłe obrazy, które potrafią się rozmalować z kilku zdań zaledwie, z tego czym są i czym wydaje nam się, że są. I ta atmosfera, gęsta, duszna, ciasna, z której czytelnik też pragnie się wyswobodzić. I choć podejrzewa, jaki będzie end ( no bo nie happy), to jeszcze gdzieś tli w nim się nadzieja, że może jednak…
A potem zamyka książkę i dziękuje za właśnie taki koniec.

Advertisements