magdalenka

Wszystko może być Proustowską magdalenką

NostalgiaZnów mam zimne dłonie. Zawsze mam. Dawno temu ktoś mamił mnie teorią, że prawdziwe kobiety mają zimne dłonie i stopy. Dawno temu, kiedy nie wiedziałam, że jestem kobietą, starałam się w to uwierzyć. Wówczas szukałam znaków, wyróżników, które jak w psychozabawie, łączną sumą przypisałyby mnie do jakiejś kategorii, ludzkiej najlepiej. Dziś, mimo że nadal nie zostałam nigdzie przypisana, już mi tak to nie przeszkadza. Mogę być niewidzialnym, polnym, pustym dmuchawcem, jest mi wszystko jedno. Ale teraz jadę pociągiem i mam zimne ręce, nogi jeszcze nie i jednak chciałabym, żeby mi było cieplej. W pociągu czasem działają grzejniki pod siedzeniami. Mam szczęście, w moim grzeją, ale jakby ziewające jeszcze, bez kawy. Póki luźno na mojej ławce, podtykam ręce pod tyłek i próbuję grzać. Ale metoda nie okazuje się skuteczna. I przypominam sobie wrześniowe wakacje kilka lat temu. W końcu wszystko może być proustowską magdalenką, choć nie każdy może być Proustem. Być może dlatego, że nie każda magdalenka jest taka smaczna. Te wakacje dobiegały już końca, siedzimy w pokoju we czwórkę i szykujemy śniadanie. Jesteśmy już z lekka sobą zmęczeni, nachodzą nas refleksje, czy nie rozczarowaliśmy się za bardzo nawzajem, i czy to nie zaważy na naszych dalszych układach. Jednocześnie jesteśmy radośni, że to już koniec i za chwile nastąpi etap przeżywania, wspominania, segregowania i śmiania się z sytuacji, w których wkurwienie przyćmiewało nam wzrok. Z tej radości, jesteśmy w stanie z siebie wykrzesać niemal tyle życzliwości, co na początku, kiedy jeszcze przed nami było to nieznane i ten dreszcz przed wdepnięciem w przygodę. Jesteśmy więc dla siebie mili. Sprzeczamy się żartobliwie, bywamy nawet błyskotliwi. Mój świeży mąż prosi mnie o podanie czegoś, lub zrobienie czegoś. Odmawiam. I wówczas w ramach riposty, częstuje mnie przekleństwem: Kobieto, niech ci zawsze zimno będzie. Wybuchamy wszyscy gromkim śmiechem na ten biblijny przebłysk z księgi nieodkrytej mojego mężczyzny, a mnie przechodzi dreszcz. I głupie to pewnie ogromnie, ale odtąd jest mi zimno. Być może było mi też przed, ale nikt mi tego nie uświadomił, natomiast wówczas, nagle mój stan został nazwany, a wraz z tym transparentem pojawił się w mojej świadomości. Skupiam się na zimnie i jadę dalej. Staram się czytać ale nie mogę. Jest ciemno, jestem śpiąca i mam ochotę pokończyć sny. Czytam więc jedno zdanie, jedno dodaje od siebie i po 3 stronach orientuję się, że jestem współautorem książki, bynajmniej nie tej, którą mam na kolanach i że to nie koniecznie jest dobra rzecz. Nie lubię siebie czytać, więc jest to kolejny powód, żeby książkę odłożyć. Siedzi koło mnie młode dziewczę. Rozmemłane strasznie. Denerwuje mnie sam jej widok. Odwracam więc wzrok i gapię się przez okno. I zastanawiam się nagle, czy ludzi można minąć i udać, że ich nie ma, że nie istnieją. I pytam siebie dalej, czy pisząc, robię komuś krzywdę. Czy gdybym napisała książkę, co raczej mało prawdopodobne jest, ale gdyby, to czy tytuł i moje nazwisko na grzbiecie zakłócałyby mocno czyjeś poczucie estetyki i wrażliwość literacką, gdyby mnie tak umieścić na półce między innymi. Czy ewentualnie można by mnie odwrócić grzbietem do wewnątrz, bym w ten sposób, stanowiła zbiór bliżej nieokreślonych kartek, jak krajobraz za szybą. Czy mogłabym tak istnieć, gdybym stała się bezpłciowa, zwyczajna, jak topole przy drodze. Czy człowieka można przełączyć jak kanał w telewizji? Odwrócić jego grzbiet, usunąć sprzed oczu, czy zwyczajnie nie kupić, nie odnotować obecności? Mówię o człowieku takim na ławce obok. I czy z tym odwróconym grzbietem byłabym kompletnie nic nie warta. Skoro nikt by na mnie nie patrzył? Dziewczę wyciągnęło kanapkę z grubym kawałkiem sera żółtego i teraz jest mi jeszcze gorzej, bo ja lubię cienkie plasterki. W nie swoich kanapkach też. Ta kanapka między kręconymi gęstymi włosami dziewcza trafia do jej buzi, podczas gdy ja staram się wyłączyć, czy też inaczej, ugryźć swoją magdalenkę drugi raz. Dziewczę oprócz kanapki, rozwiązuje jakieś zaległe zadania domowe przygrubym ołówkiem, który wciąż wyślizguje się z jej rąk i leci między kanapką, włosami, zeszytem a myślami nad prawidłowym rozwiązaniem. W ludziach nie lubimy tych cech, które mamy w sobie. Świadomie bądź nie. Nad dziewczem stoi jakiś kawaler, do którego ona odzywa się zdawkowo, jakby była obrażoną kochanką. Zaciskam oczy i pięści w poszukiwaniu smaku magdalenki. Wciąż bezskutecznie. Unlucky for someWzrok między tym dwojgiem młodych ludzi przenosi mnie, a w zasadzie ich w mojej głowie, do sytuacji łóżkowej. I widzę jak ona się do niego przytula w tych włosach cała. I swoje oczy widzę błagalne jak sięgam po jego pocałunek, z milczącą prośbą w spojrzeniu. Bo ja zawsze o wszystko proszę, bo bez błagań nie mam nic, w związku z tym wszystko, co mam, ten wyżebrany dobytek, nie stanowi dla mnie większej wartości, żeby nie powiedzieć, że nim gardzę. Może gdybym nie prosiła tylko odrobinę poczekała, spłynęłoby na mnie nieoczekiwane szczęście, jasną poświatą i byłabym w końcu z czegoś zadowolona. Ale ja jestem niecierpliwa i nie lubię na nic czekać. Chce mieć już, teraz i tupię nóżkami, choć już w tym hałasie tupania, czuję gorzki posmak zdobyczy. Łaszę się więc oczyma do jego ciała, które otulam jak bluszcz. Mam ciepły wzrok, chcę teraz rozgrzać twój, od jednej zapałki, z której wybuchnie ogień, a przy nim będę się grzać ja. Moja stacja. Wysiadam z nadgryzioną magdalenką. Dalej mi zimno. Na zewnątrz i w środku. Nawet moje rękawiczki są zmarznięte. Stoję na przystanku i czekam na autobus. Starym indiańskim sposobem, zapalam papierosa, żeby przyjechał szybciej. Zadziałało. Po drugim zaciągnięciu, autobus wyłania się zza zakrętu. Jest ciepły, ku mojemu zdziwieniu, ale mnie jest nadal zimno. W środku. Może miałam żar tylko na jedną zapałkę, tą z której nie wybuchł oczekiwany płomień. Może zgasłam. A może to ta przepowiednia. Kolejne nazwy przystanków czyta lektor. Ten, którego moje pokolenie dobrze zna, bo czytał wszystkie filmy we wszystkich dwóch programach. I znów się zastanawiam, czy nas ktoś nie chce zrobić przypadkiem w konia? Żeby w tym autobusie poczuć się jak w kinie i szukać fałszywych znaczeń w zwykłych krajobrazach za brudnymi szybami. A może kino to ciąg klatek, na których sugeruje się pozorną historię i działanie, które wmawia nam się podprogowo, a potem łudzimy się, że zobaczyliśmy coś mistycznego, czy choćby niezwykłego i że 90 min klatek przesuwanych, jedna po drugie,j zapewnia nam więcej doznań niż 15 min widoków z okna autobusu. W ciągu 15 minut decyduję, że o tym wszystkim napiszę. Staram się więc ogarnąć rozbiegane słowa, ubieram je w jednakowe harcerskie chusty, żeby mi było łatwiej je odróżnić od innych i poustawiać w szeregach linijek. I w tym momencie myśli, autobus i te chwile, które czekają mnie tuż obok, mieszają mi się ze zdaniami, które zaraz wyrosną z tego okrucha mojej magdalenki. I nie wiem, gdzie jestem bardziej. W swojej głowie, w swojej historii czy w tym autobusie. Czy może nadal zaciskam pięści w poszukiwaniu błyskotliwych skojarzeń. Ale nie każdy może być Proustem …  Photos by historyanorak

Reklamy