Uncategorized

Moja Tralfamadoria

fot. Luca Erba

Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłem się na Tralfamadorii, było to, że śmierć jest tylko złudzeniem. Człowiek żyje nadal w przeszłości, tak więc głupotą jest płakać na pogrzebie. Wszystkie chwile przyszłe, obecne i przyszłe istniały i zawsze będą istnieć. Tralfamadorczycy mogą oglądać te różne chwile tak, jak my możemy oglądać Góry Skaliste. Widzą, że poszczególne momenty są niezmienne i mogą wybierać te spośród nich, które ich w danej chwili interesują. To tylko my, na Ziemi mamy złudzenie, że te chwile następują jedna za drugą jak korale na sznurku i że chwila raz przeżyta jest stracona na zawsze. Tralfamadorczyk widząc trupa myśli sobie po prostu, że zmarły jest aktualnie w złej formie, ale jednocześnie wie, że ta sama osoba czuje się znakomicie w wielu innych momentach.  

Przepisane z kajeciku, gdzie fragment K Vonneguta z Rzeźni numer pięć, odnotowałam w początkach lat 90 (z bibliotecznego egzemplarza). Jeżeli występują niezgodności, z góry za nie przepraszam. Celowo wracam do chwili w niezmiennej dla niej formie.

Ten fragment jest jak kawałek płótna, z którego ze wszystkich stron zwisają pojedyncze nitki. Gdzieś w którymś momencie splotą się one w jedną, mocną, nierozerwalną treść. Albo odwrotnie z sedna zdań, z esencji treści niczym liany, zwisają leniwie myśli wszelakie, po których chciałabym się wspinać. Płynie we mnie krew Tralfamadorczyka. Wiem to od bardzo dawna. Nie mierzyłam procentowych udziałów, ale chyba nie muszę. Mam usprawiedliwienie dla godzin spędzonych na wertowaniu pożółkłych chwil, z których jak z fusów wróżę przyszłość. Mam niezłe sukcesy. Nigdy natomiast nie umiałam tasować kart, pasjanse nie chciały mi wychodzić, wszystko się rozsypywało. Jakaś karta przychodziła za wcześnie, inna za późno, jeszcze inna kryła się, jakby sobą zawstydzona, nie pozwalała mi na wygrzebanie patykiem prawdziwych korali, ich blasku, od którego wszystko blednie, a życie staje się oczywiste. Chronologiczny układ zdarzeń, to dobieranie korali, nie jest moją domeną, nie mam poczucia estetyki, smaku, nie widzę związków przyczynowo skutkowych, nie umiem dobierać kolorów, więc zwalam się ochoczo i nieskrępowanie na stóg siana, ręce w żyto wkładam i ziarna przypadkowe wyciągam i słomę, co w szyje mnie kłuje, do ust przytykam, to znów w palcach przewracam, po omacku szukając kształtów pierwotnych i sok wyciskając do bezdechu. Z tej samej słomy gdzieś dach buduję, mury moje kryję, z ziarna chleb piekę na jutro, które już było. Jestem kompletną całością z najmniejszą falbanką, z rękawkiem wykończonym i kołnierzykiem misternie obszytym. Skończona jestem w formie, która przypadła mi w udziale. Wszystkie chwilowo modne ozdoby są pozorne, straty iluzoryczne. Oto ja. Z kawałków się składam, z paciorków korali, fragmentów zdjęć, strzępek zdań, z myśli, których ogon ledwie musnęłam palcem, lecz rzadko w jednym czasie eksponuję całość. W kawałkach pękniętych luster, zamieszczonych tu i ówdzie na moim ciele, nie moją widać twarz, lecz Waszą, stąd złudzenie, że tak dobrze mnie znacie. Wy Ziemianie … nie mówcie mi, kim jestem

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s