Uncategorized

kulturalnie

I stało się ! Straciłam swój pociąg. Koniec marzeń o grawerowanym nazwisku na plastikowej, czerwonej ławeczce. Albo nalepce na szybie, nakazującej ustąpienie mi miejsca, gdybym akurat wsiadła. Ktoś zadecydował o zmianach w moim życiu … Musiałam się przesiąść z PKP do WKD. Czuję, jakby ktoś za mnie zdecydował o przeprowadzce z Mokotowa na Pragę lub odwrotnie. Nie mam jednak wyjścia, gdyż moje walizki zostały już przeniesione. Pierwszy raz na stację WKD dojeżdżam z opóźnieniem (ale nie spóźniona) z małą krajoznawczą wycieczką tuż przed odjazdem kolejki (odruchowo obraliśmy drogę w kierunku stacji PKP). Taki mały suspens w stylu Hitchcock’a. Działa lepiej niż kawa. Ponieważ jednak z rana częściowo jestem jeszcze w pościeli, nie wykorzystałam tego niepowtarzalnego momentu, żeby wkurzyć się na odwożącego mnie męża, obrazić lub ponarzekać. W końcu trening czyni mistrza, nie wolno żadnego opuszczać. Napadłam za to konduktora? kierowcę? motorniczego?, kogoś w uniformie, dopytując o szczegóły biletów, remontu PKP itd. Uspokojona i poinformowana (to podstawa), zaczęłam gorączkowo rozglądać się za miejscem. Żadne mi nie pasowało. Bo żadne z nich nie było moje, jeszcze żadnego nie udało mi się oswoić, co oczywiście nie jest konieczne w jednorazowej, przypadkowej podróży, natomiast absolutnie niezbędne w stałych, regularnych dojazdach. Omiotłam wzrokiem wagon, bardzo szybko i bardzo pobieżnie, ale na nic się nie zdecydowałam. Przemierzyłam więc korytarz w obie strony, co zaczęło przykuwać uwagę współpasażerów więc zdezorientowana usiadłam. Nie pamiętam gdzie. Byłam zestresowana. Wyjęłam książkę, starym zwyczajem, i zaczęłam czytać. Pociąg zadzwonił jak pierwsza komórka kilkanaście lat temu. Głośno i beznadziejnie ale do celu, bo wszyscy już się na ciebie patrzą. Ruszylismy. WKD ma jedną, jedyną linię, w szczególności, kiedy się jedzie z Grodziska(początek) do Śródmieścia (koniec). WKD nie może nieoczekiwanie skręcić, zmienić trasę lub skończyć bieg w połowie. Po prostu nie i koniec. Mimo to, nerwowo zerkam znad książki przez okno, czy aby dobrze jadę i w dobrym kierunku (jakby był możliwy jakikolwiek inny). Kiedy przeczytałam już po raz szósty to samo zdanie, które było pierwszym tego dnia, i w dalszym ciągu nie mogłam pojąć jego sensu, poddałam się. Zrozumiałam bowiem, że nie czuję się tu jeszcze jak u siebie. I dopóki to nie nastąpi, będę się denerwować. Tak więc od kilku dni oswajam WKD, która przez najbliższe miesiące będzie mnie wozić do pracy. Nie nauczyłam się jeszcze stacji na pamięć, choć każdą przeczytałam i obejrzałam przez okno, ale jest coraz lepiej, bo mogę już czytać. Bo ja teraz czytam Moja Siostra Moja Miłość J. C. Oates. Polecam, acz nie gorliwie. Choć nigdy nie spodziewałam się, że to powiem o tej akurat autorce. Po lekturze Zabiorę cię tam, jakieś 10 lat temu, byłam mocno podirytowana stylem pretendującym do nietuzinkowego i treścią, na którą wg mnie autorka czasem nie miała pomysłu. Ale około tygodnia temu, po szybkim KFC, wpadłam do empiku rzucić okiem na asortyment (wszyscy normalni wiedzą, że w empiku nie robi się zakupów ale wącha towar) i na półce stała opasła Córka Grabarza. Więcej! To była jedyna sztuka, która krzyczała kup mnie!, kup, nawet z kilkunastozłotową przebitką! Kupiłam. Byłam urzeczona, teraz jestem jakby mniej, co nie przeszkadza mi w posiadaniu już trzech takich opasłych woluminów (oczywiście, każdy pod innym tytułem). No więc pewnego dnia jadę i czytam. Po kilku stacjach wsiada dwóch młodzieńców. Nie byli może zbyt hałaśliwi, ale siedzieli zbyt blisko i zaczęłam skakać między kartkami a ich rozmową. Nurkuję natychmiast do mojej torebki(najmniejszy model), która wygląda niepozornie, ale imponująco dużo mieści. Wyciągam iPoda, wtykam słuchawki i wyszukuję podkład muzyczny do mojej powieści. Szybko, bo szkoda mi każdej linijki. Po drodze natykam się na Two Suns Bat for Lashes. Nigdy długo się nie waham. Wciskam play. I nagle jestem rozdarta! Tańczą wokół mnie dwa światy, jakby dwa nieba zrzuciły mi liny, po których mam się do nich wspiąć. Jakbym została zaproszona na dwie mega imprezy w jednym czasie. Nie wiem, czy czytać, czy słuchać, bo stało się jasne, że nie mogę robić tego jednocześnie (mimo, że jestem kobietą). Dwie linijki, osiem dźwięków. I tu nie jestem i tam mnie nie ma, a jednocześnie jestem w obu miejscach. Dźwięki plączą się ze słowami, zahaczają o znaki interpunkcyjne i gubią rytm. Z kolei litery frywolnie poruszają biodrami i zupełnie im nie przeszkadza, że nie w takt. A ja stoję po środku jak przedszkolanka, która nie jest w stanie ujarzmić swych podopiecznych i ma ochotę się rozpłakać. Trochę słucham, trochę czytam, ale naprawdę ani nie słyszę, ani nie rozumiem. Totalny chaos. Choć jednocześnie przeżywam coś pięknego. Mam abonament z bonusami. Albo tanie minuty albo smsy. I z tego bonusowego pakietu muszę coś wybrać. Stan co najmniej dziwny, przynajmniej dla mnie. Bo ja zawsze jestem zdecydowana. Tym razem nie potrafię. Podróż trwała 60 minut wahania

 
Reklamy