Uncategorized

Jakbyś kamień jadła – W Tochman

Czytam Tochmana. Wcześniej był Jagielski, był Grossman i Kapuściński rzecz jasna. Tym razem mam przed sobą zaledwie kilkadziesiąt stron, które opięte w okładkę, wyglądają niemal jak broszurka ku przestrodze. Pomyślałam sobie: „phi!”, jeden dzień … Mały format, idealna do pociągu.

Po pierwszych zdaniach już wiem, że mam przed sobą Mount Everest. Każdy rozdział jest niemal, jak rozbijanie obozu przejściowego, a szczyt daleko w chmurach, do końca poza zasięgiem. Wiem, że być może będę musiała zawrócić. Na razie idę.

Czuję się jakbym torowała drogę. Do jakiegoś człowieka, do ludzkości może, a może do jednego tylko uczucia. A może mi się wszystko tylko tak zdaje.

Zadania są krótkie, rzeczowe. Jak pociski szybkie. Walą w samo sedno. Albo jak liny są zawiązane pętlą na mojej szyi, ściskają mi gardło.

Tracę dech. Rękoma wstrzymuję linę, zamykam książkę. Z trudem wracam do siebie. Choć nie wiem, czy to jeszcze ja.

Otwieram oczy i bezmyślnie gapię się przez okno. Pociąg jedzie swoim rytmem. Chcę uspokoić wzrok deszczowym, znajomym krajobrazem. Ale za oknami mam wojnę, domy zrównane z ziemią i głód w ludzkich oczach. Mam groby i smród spalenizny, zimne ostrze noża. Lasy nieznajome i strach, który przenika mnie nawet, choć jestem za bezpieczną szybą. Wszędzie przekopana ziemia. Czuje ją na sobie. Na ubraniu, na rekach, w ustach.

Stałam się świadkiem. Nie mogę zamknąć oczu, bo jest jeszcze gorzej. Nagle chcę przytulić syna, jakbym tylko jego miała, chcę go zamknąć w bezpiecznych ramionach, choć serce mam rozedrgane. Czuję się bezradna.

Wracam na tą drogę w góry wielokrotnie. Buduje bazy. Dużo. Szybko się męczę. Im wyżej tym mniej tlenu. Coraz trudniej oddychać, kontrolować emocje. W głowie jakby coś się miesza, coś zamyka, coś otwiera, coś nabiera innego kształtu.

Człowiek na przykład.

Advertisements