Uncategorized

Final countdown

(…)W sumie niełatwo jest mówić o Madze, która o tej porze z pewnością spaceruje po Belleville albo Pantin, pilnie wpatrując się w ziemię, aż do chwili, gdy znajdzie strzępek czerwonego materiału. Jeżeli go nie znajdzie, będzie tak chodziła przez całą noc – oczy szklane – przeszukując kosze do śmieci, pewna, że jeżeli nie trafi na ten symbol okupu, ten znak przebaczenia albo niechby już odroczenia, zdarzy jej się coś okropnego. Wiem, co to jest, bo ja także posłuszny jestem takim znakom, także od czasu do czasu poszukuję czerwonych szmatek. Od dzieciństwa, kiedy mi coś upadło, musiałem to podnieść za wszelką cenę, bo jeżeli bym nie podniósł, spotkałoby nieszczęście nie mnie, lecz kogoś, kogo kocham, a czyje imię zaczyna się na taką samą literę, jak nazwa upuszczonego przedmiotu. Kiedy coś spada mi na podłogę, zupełnie nie mogę się opanować, w dodatku nic nie pomaga, jeżeli podniesie to ktoś inny, zły czar bowiem będzie działał nadal. Z tego powodu wielokrotnie brano mnie za wariata, zresztą rzeczywiście jestem wariatem, kiedy to robię, kiedy pospiesznie podnoszę ołówek albo kawałeczek papieru, które wypadły mi z ręki, tak jak tego wieczoru było z kawałkiem cukru w restauracji na rue Scribe, szykownej restauracji pełnej dyrektorów, kurw w srebrnych lisach i dobrze prosperujących małżeństw.(…)

J. Cortazar,” Gra w Klasy”, tłum. Zofia Chądzyńska

Peron stacji Śródmieście. Godziny szczytu, tłum ludzi. Jeden z pierwszych słonecznych dni po wielkich niekończących się ulewach. Jestem spięta i zaklinam rzeczywistość. Szukam w ludzkich oczach tego spojrzenia, które mi nakaże przestać się martwić, krzepiącego klepnięcia w ramię, które delikatnie popchnie mnie do przodu. I zrobię krok, podniosę nogę do góry z tego błota, w którym tkwię, zastygła jak drut w betonie.

Nie ma kominiarzy i facetów w okularach.

Ale są kalosze.

Do odjazdu pociągu zostało kilka minut, krótkich jak płytkie, nerwowe oddechy. Zanurzam się w las nóg, niemal na kolanach przeciskam się między łydkami, obejmując je nerwowo, zagubiona, jakbym macała drzewa w gęstym lesie, szukając zamszonej strony, wskazującej właściwy kierunek. Szukam kaloszy jak czterolistnej koniczynki. Wszystkie pary, które znajdę, ułożą mi wielkie, triumfalne punkty w życiorysie, złote trony, berła i korony. Każda para kaloszy da mi uśmiech, z którym zrobię co zechcę, najpewniej komuś oddam, bo nie ważne jest mieć, ważne jest dostać. Liczy się ruch. Przekazanie pałeczki.

Zdążyłam ale wciąż czekam na pierwszy szczebel wtajemniczenia.

Basen. Chłodna woda, na zewnątrz też chłodno. Staram się nie myśleć o tej zimnej otulinie cieczy, w którą zaraz zanurkuje. Im bardziej się na tym skupiam, tym bardziej wrażliwa jestem na różnice temperatur. Pierwszy basen, drugi, ósmy. Wskazówki zegara na złość poruszają się do przodu ociężale. Jakby cały dzień ze sobą niosły, i całą wodę z basenu. Liczę już tylko minuty, nie długości. Zostało pięć. Cztery baseny i wychodzę. Po dwóch minęła zaledwie minuta po czterech dwie. Jeszcze dodatkowe dwa. W połowie wpadam na pomysł, że jak zrobię jeszcze dwa więcej to mi się uda, jak pomyślę szybko życzenie, jak szybciej zamacham rękami, to zdąży mi się spełnić. Za cztery baseny w sumie. Tak niewiele trzeba …

Jak przestanę jeść bułki, słodycze i paluszki, jak zacznę się zdrowo odżywiać, mój syn wyzdrowieje.

Jak przez cały miesiąc nie wydam ani grosza na siebie, na płyty, na książki, to M się uda.

Jak mnie poturbują, pobiją i zgnoją, wyjdziemy na prostą. Jak dostanę za swoje, linia się wyrówna i będę mogła żyć normalnie i chodzić w pionie, kiedy już za wszystko zapłacę.

Tyle, ile kwiatów podepczę, tyle razy spotka mnie nieszczęście.

Jak ustanowię odpowiednio wysoką stawkę w tej grze, to stracę wszystko ale on wygra.

I będzie dobrze. Rzeczom, na które nie mam wpływu, próbuję nadać charakter celu, do którego można dojść jak po drabinie, po szczeblach. Każda para kaloszy jest szczeblem. Chcę wierzyć, że mam wpływ, że coś mogę. Niemoc próbuję zrównoważyć sumą działań absurdalnych, naiwnie wierząc, że napotkane przypadki, policzone i ułożone w szufladach będą miały jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Kiedy wszystko posprzątam policzę i sklasyfikuję przyjdzie to, na co czekam. Kiedy ułożę to, co jest i było, ułoży się to co będzie

Nie patrzę już pod nogi … ze strachu, że znajdę łapówkę, nagrodę pocieszenia, która sfinansuje mi jedwabną chusteczkę do otarcia łez.

Reklamy